PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 07-09-2013 

Wzgórza Jerozolimy
(w pracowni Avivy Blum)
Racją życia jest samo życie ...
                        Albert Camus
 

„Z [...] dzieciństwa pamięta cukierki w fabryce babki Blum w Wilnie - pisał o Avivie Blum w katalogu do wystawy jej obrazów w Galerii Miejskiej ARSENAŁ w Poznaniu w 2009 r., Andrzej Niziołek. - Ich wszechobecny zapach i to, jak zawijała je w papierki. Letnisko koło Zacisza. Drewniany dom z werandą, las, bieganie, brzeg rzeki ...

Nie pamięta, jak wyglądała babka Bielecka. Nie zna jej imienia. - Dziadek całe dnie studiował Torę i religijne księgi. Młyn prowadziła babcia. Został obraz kwiatów w ogrodzie. - Różowe i fioletowe, na długich łodygach. Ostróżki? Pamięta kamienicę przy Mylnej i głębokie podwórko ...

A. Niziołek pisze w tym samym katalogu: - Jej pierwszy świat zburzyło uderzenie bomby. Był 13 września 1939 roku. Jedli kolację w domu, ubrani już w piżamy. Ojca nie było. Rozległa się syrena, nalot. Mieszkali na czwartym piętrze dużej warszawskiej kamienicy koło Nowolipia ...”

Przygotowywałam dwie telewizyjne relacje z wystaw Avivy Blum w Poznaniu, w 2002 r. („Akwarele i Akwaforty”) i w 2009 r.  („Ziemia i Światło”). Za każdym razem były to jej malarskie impresje na temat Wzgórz Jerozolimy. 

Gdy spotkałyśmy się, ja znałam już Jerozolimę z moich jeszcze nielegalnych (Polska do 1989 roku , od 1968, nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z Izraelem), z Limassolu na Cyprze rejsów do Hajfy, a potem dalej autobusami w głąb Holy Land. Odczytywałam więc światło, koloryt, topografię obrazów.

Za każdym razem umawiałyśmy się, że gdy będę w Jerozolimie - zadzwonię. Ale jakoś się nie składało. Kolejne moje tam podróże były zbyt śpieszne, zawsze za krótkie. Tym razem jednak Jerozolima stała się osią moich eskapad do Cezarei, Tyberiady, Eliatu. Tym razem przywędrowałam wreszcie do pracowni Avivy przy ruchliwej rechow Agron.

- Dość niskie i wąskie, metalowe dwuskrzydłowe drzwi z ręcznie wypisaną prośbą o ich zamykanie. Drzwi są jednak zawsze uchylone. W sieni na ścianach ślady po dawnych, zamurowanych teraz oknach i drzwiach. Co było za tymi oknami, za tymi drzwiami?  Każdy stary dom ma swoje tajemnice. To był dom arabski. Gdy stoi się do niego frontem, po lewej stronie widzi się wyrosły niedawno okazały, rozłożysty  budynek. Ma dziewięć pięter arabskiego hotelu. Zabiera światło wszystkim domom wokół. Temu staremu budyneczkowi także. - Po jego prawej stronie rechow (czyli ulica, ale w tym przypadku to uliczka wąska bardzo i krótka) Zamenhof.

Na drugim piętrze - drzwi z barwną wizytówką i mosiężną kaf jad (dłoń) kołatką.

     

Wewnątrz, jak to w pracowni: obrazy na ścianach, na sztalugach, szkice kolejnych prac, pędzle, ołówki, papiery do szkicowania. Moje oko wychwytuje pracę o kresce dalekiej od miękkiej, delikatnej kreski Avivy, do tego na tle tylko jednego, nasyconego żółtego koloru. Praca bardo zdecydowana, wpisana w ryt współczesnych znaków. Aviva widzi moje zaciekawienie i z dumą  oznajmia, że to praca jej wnuczki, też artystki - Inbal.

 - Mam dwie wnuczki, mówi Aviva: Inbal i Noę. Noa ma córeczkę (moją prawnuczkę), imienia Gili.

Aviva Blum urodziła się w Warszawie, w rodzinie z wileńskimi korzeniami. Mama Avivy Luba Bielicka-Blum była pielęgniarką, także dyrektorem Szkoły Pielęgniarskiej przy ul. Kasprzaka w Warszawie. Ojciec, Abrasza Blum był inżynierem, jednym z przywódców powstania w Getcie Warszawskim w 1943 roku. Zamordowany przez hitlerowców.

Ona wyjechała z Polski w 1950 roku.

- Tak – wspomina – w lutym 1950 zeszłam ze statku w Hajfie. Trafiłam do kibucu Haszomer Hacair w Galilei. Później znalazłam się w kibucu bliżej Jerozolimy. Pracowałam przy kurach, uczyłam się hebrajskiego. Byliśmy wszyscy młodzi, był w nas entuzjazm. Długo by opowiadać. Zresztą znasz tę historię z katalogu - dodaje. Andrzej Niziołek, niezmiernie ciepły, przyjazny człowiek dokładnie całe to moje życie i w Polsce i tu opisał.

Będąc jeszcze członkiem kibucu ukończyła szkołę malarstwa  w Tel Avivie. Jej mistrzem był znany artysta malarz  Yehezkel Streichman (ur. w Kownie w 1906 - zm.1993).

Kiedy dzień później byliśmy również z Romanem Wachsem, mężem Avivy, w Muzeum Izraela., w sali malarstwa pokazywała mi obrazy swojego nauczyciela.

Miedziorytu natomiast uczyła się Aviva w znakomitej Akademii Malarstwa Bezalel w Jerozolimie. Bo jej ulubionymi technikami są właśnie olej, miedzioryt, a od dziesięciu lat jeszcze akwarela.

Swoje prace wystawia w kraju i za granicą od 1960 roku. Od 1973 roku mieszka w Jerozolimie. Z balkonu obok jej pracowni nie widać wzgórz. Po drugiej stronie ulicy jest stary muzułmański cmentarz. Kiedyś rozpościerał się i pod tymi domami. W bok od ulicy Zamenhofa mieści się Ambasada Stanów Zjednoczonych. A naprzeciwko niej Independence Park (Gan Ha-Atsma’ut), w którym ciągle odbywają się jakieś demonstracje. W tym dniu także. Demonstracja 1. majowa. Ugrupowania zawodowe domagają się wyższych płac. Spotykałyśmy zresztą za nie długo, idąc do Bejt Ticho (Domu-Muzeum doktora Ticho), tych samych demonstrujących przy głównej  ulicy Jerozolimy Yafo.

Ale jeszcze o twórczości Avivy. - Wzgórza Jerozolimy widzi z okna swojego mieszkania w Ramat Sharett. Całą ich dynamikę, barwy pór dnia i roku. To specyficzne tutaj światło.

Właśnie ono zapadało we mnie od czasu pierwszej  wyprawy do Izraela. Pamiętam stałam na stopniach pod Menorą obok Knesetu, a niebo rozwierały słoneczne promienie w naszym wtedy w Polsce klimacie niespotykane.

Twórczość Avivy cechuje spokój, ciepło, swoboda rytmicznych, jasnych plam. Gdy się ją pozna, widzi się jak spójna to twórczość z osobowością - właśnie ciepłej, bardzo pogodnej, otwartej Avivy. 

  

Krytyk sztuki prof. Ryszard K. Przybylski we wspominanym już katalogu napisał wręcz:

„Pejzaże Avivy Blum nie są [...] jak to często dziś  bywa, obrazem tęsknoty za harmonijnym światem , który coraz bardziej zagrożony jest przez postępującą industrializację. Nie kryją w sobie nostalgii. Ani melancholii. [...] Te kompozycje są przecież bardzo dynamiczne. One nie tylko odbijają jakości światła, ale również wprowadzają do niego elementy nowe. [...] Trzeba być mądrym i cierpliwym człowiekiem, aby to wszystko rozpoznać. I dać temu wyraz.

Chodząc po Jerozolimie w jej towarzystwie, słuchając jej dyskretnych komentarzy do miejsc i ludzi, nabiera się pewności głębokiej słuszności, jaka kryje się w słowach Alberta Camus, że racją życia jest samo życie ...”.

I mnie dane było spacerować po Jerozolimie w towarzystwie Avivy Blum. Wspomniałam już, że wybrałyśmy się do Bejt Ticho. Ja przywiozłam ksero strony z podręcznika, którym posługuję się przy nauce języka hebrajskiego. Na lekcjach po powrocie do kraju miałam opowiadać o Domu Ticho. Pokazałam stronę Avivie. Od razu orzekła – idziemy tam, to niedaleko, tu zresztą nigdzie nie jest daleko ...

  

Dom-Muzeum Ticho (na szyldzie i w przewodnikach można też przeczytać: „Anna Ticho House Museum”) znajduje się w jednym z najstarszych domów zbudowanych pod koniec XIX wieku  poza murami Starego Miasta Jerozolimy. W 1924 roku dom kupił doktor Avraham Albert Ticho (1883-1960) i założył na piętrze poradnię okulistyczną. Pracował w niej do końca swojego życia. Żona Anna pochodziła z Moraw (1894-1980) - wtedy część Austro-Węgier. Od piętnastego roku życia w Wiedniu studiowała rysunek. W 1912 roku przybyła do Palestyny, z kuzynem, poważanym już wówczas okulistą doktorem Ticho. Pobrali się w Jerozolimie. Anna początkowo pracowała jako asystentka męża. W 1930 roku powróciła do rysunku i malarstwa. Urzekły ją wzgórza Jerozolimy i miejscowi ludzie. Akwarelami malowała kwiaty  Jerozolimy (reprodukowane są w Menu urokliwej restauracyjki-kawiarni,  znajdującej się obecnie tak na parterze domu, jak i na tarasie, z widokiem na ogród, w którym kwitną m.in. przepiękne liliowe bugenwille).

Wiele prac Anny Ticho znajduje się w różnych muzeach i kolekcjach świata. Liczne eksponowane są również wymiennie w  domu-muzeum. Niektóre doprawdy wysokiej próby. Pejzaże Jerozolimy, rysunki starych drzew oliwkowych, portrety starych ludzi ...

Kiedy patrzyłam na rysunki z ostatniego okresu twórczości Anny Ticho, zwłaszcza na te, w których pojawia się dyskretna barwa sepii, dostrzegałam ich podobieństwo z pracami Avivy.

Pomyślałam po raz kolejny, jak silnie ten pejzaż oddziałuje!

Parter domu to ekspozycje gościnne. Gdy byłyśmy tam z Avivą Blum pokazywano sztukę Dalekiego Wschodu, wystawę „Other woman” („Inna kobieta”): terakotowe figurki z Indii, porcelana z Chin, wschodnie prace na papierze ryżowym i na jedwabiu. Zachwycający formą, barwą, harmonią, tchnący wręcz - wydawało się - specyficzną  melodią, był indyjski XVII-wieczny malunek „Kobieta czekająca na swoją miłość”...

Doktor Ticho kolekcjonował stare żydowskie księgi religijne. Także menory. W tym chanukije (dziewięcioramienny świecznik żydowski zapalany podczas święta Chanuka). Te zbiory są również dostępne odwiedzającym obecne Muzeum.  Na ekspozycji dostrzegłam mała polską chanukiję z XVI wieku.

Następnego dnia, gdy z Avivą i jej mężem (mimo chwilami ulewnego deszczu – co w czwartym już roku skąpych bardzo w Izraelu opadów było istnym cudem!) odwiedzałam Muzeum Izraela, oglądałam makietę Drugiej Świątyni, fotografowałam Menorę przed Knesetem i wdrapywałam się na różne punkty widokowe.

Malarstwo Avivy stawało się dla mnie coraz bardziej czytelne. Bo owszem, można je odbierać jako asocjacje plam, impresje, ale wspaniale jest, gdy się to malarstwo czuje, gdy staje się ono własnym przeżyciem.

(zdjęcia autorki)

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz