PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 24-06-2013

WILKOŃ

Czy ktoś kto się tak nazywa może być obojętnym na zwierzęta ? Na baśniowe ich przeobrażenie? Na oswajanie drapieżników, tulenie się do nich niczym do poduszki.

Przecież to Wilk-oń, Wil-koń, albo i w dosłownej transformacji: wilko-koń. Że pożartuję z nazwiska artysty Józefa Wilkonia, bez – mam nadzieję -  urażania go. Bo człowiek z niego postawny lecz gdy nieco powłokę „poskrobać”, tkliwie w nim i boleśnie. Zresztą Monika Małkowska, jedna z narratorek mojego o tym twórcy filmu pt. „ARKA Józefa Wilkonia” (2007), podobne konotacje jego nazwiska w zestawieniu z twórczością J. Wilkonia wywodziła ...

Szukałam opisów krytycznych twórczości tego osobniczego artysty. Odniesień do innych twórców światem zwierząt zafascynowanych. Przecież to świat zwierzęcy w sztuce od zarania jest pierwszorzędnie reprezentowany, by do wręcz rytów naskalnych się odwołać. W ilustracjach książkowych nieprzebranie licznie eksponowany. A jednak, a jednak. Noty o Wilkoniu skupiają się głównie na jego encyklopedycznie formułowanym życiorysie: Rocznik 1930. Rzeźbiarz, rysownik, scenograf, twórca gobelinów. Artystyczną edukację rozpoczął w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, gdzie do jednej klasy uczęszczał m.in. z Romanem Cieślewiczem i Framciszkiem Starowieyskim. W połowie lat 50. ukończył studia na ASP w Krakowie, w pracowni prof. Adama Marczyńskiego oraz historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Potem następują długie wyliczenia wystaw (krajowych i zagranicznych – gęsto w Europie, częstych w Japonii i gdzie tam jeszcze...) oraz  publikacji książkowych – ilustruje najczęściej książki swojego syna Piotra. I tu podobnie mapa świata wygląda. Wydaje się Wilkonia na wszystkich szerokościach geograficznych.

Gdy wglądałam w tomy historii sztuki, tylko z Paulem Klee ewentualne podobne rysy znajduję, zwłaszcza z jego serią „Złota rybka”.

U Wilkonia właśnie ryby były pierwsze. Na nich, wspomina w moim filmie - ćwiczył kreskę, formę, wizje; za pomocą najprostszych elementów uczył się rozwiązań plastycznych. Później budował je w drewnie. Bardziej skomplikowane wyklepywał z blachy, nacinał, lutował. Nabierał odwagi. Przechodził do innych zwierząt.

Pięć lat temu warszawska ZACHĘTA pokazała dorobek Wilkonia, właśnie całą tę jego ARKĘ. Wtedy zobaczyłam, że materiałem twórczym dla Józefa Wilkonia jest dosłownie wszystko: kloce drewna i deski, gałęzie, druty, gwoździe, kulki łożyskowe, stare szafy, wszelkie papiery: pakowe, poszarpane - bez  kątów prostych, pogniecione, ale i te szlachetnie aksamitne, gdy zamierza uwypuklić swoich kotów lśniące futerka. 

Wystarczy przejrzeć choćby Leśmiana „Baśń o rumaku zaklętym”, czy tom „Baśni z całego świata”, żeby zrozumieć, że Wilkoń we wszystko potrafi tchnąć tyle tkliwości ... Dlatego wielbią go dzieci i dorośli, tęskniący za swoim utraconym światem uczuć szlachetnych, czystych,  czułych.

Gdy dokumentowałam wspomniany film, rozmawiałam z Wilkoniem o jego twórczości, o doświadczeniach życia, mocno niekiedy bolesnych, powrócił spuszczając głowę do okresu swojego dzieciństwa, które przypadło na czas wojny. Jego ojciec walczył w Ruchu Oporu w regionie Tarnowskim. Na nim więc, niespełna dziesięcioletnim chłopcu spoczywało utrzymanie rodziny. Chodził do lasu, zakładał wnyki. Złapane zwierzęta wymieniał na jedzenie, głównie na kaszę.

Rodzina przetrwała wojnę, ale on nigdy nie wyzbył się poczucia krzywdzenia zwierząt. Zadość uczynieniem tamtego działania są  właśnie jego prace.

Sąsiedzi mówią, że Wilkoń nie jest w stanie zabić nawet muchy. Wilkoń również muchy wykuwa z blachy. Wiszą nad wejściem i po kątach jego pracowni wybudowanej na parceli kupionej z powodu wiekowego tu dębu. Zwierzał się, że chciał mieć dom, pracownię. I ma. Ale nie ma już ukochanej żony. Odeszła przedwcześnie. Miałam – nie kryję tego - łzy w oczach, gdy pokazywał mi blaszane małe kaczuszki. Tworzył je dla żony. Chodził do szpitala i kładł te kaczuszki na parapecie okna...

Na wystawie w ZACHĘCIE eksponowana była praca, której bohaterami stały się gęsi i inne ptaki. Praca pt. „Gotycki lament”. Właściwie rodzaj szopki. Ogromnie przejmującej, smutnej. Odbiegającej od identyfikowanego z artystą klimatu  prac. „Lament” powstał po śmierci żony. Swoją rozpacz, żal Wilkoń wyraził też poprzez zwierzęta.

Pokazywał ilustracje książkowe z tamtego czasu, opowieść o parze słowików pięknie śpiewających obok swojego domku, ptasiej budki. W ostatniej pracy cyklu zaznaczył na ściance budki tylko cień  osamotnionego ptaka... Pokazywał szafę, jak opowiadał, odnalezioną na strychu domu, który kupił wraz parcelą. Wystawił tę rzemieślniczą szafę do osuszenia na słońce i nagle w jego blasku zobaczył wszystkie historie, jakie wiążą się z szafą: coś w niej trzymamy, chowamy, skrywamy, czegoś w niej szukamy, coś nagle po latach odnajdujemy. Szafę wypełnił zwierzętami grającymi na instrumentach charakterystycznych nurtowi bluesa. - Tak chciałem zilustrować początek bluesa ! -  mówił.

Zanim przejdę do samego obiektu ARKI, będącej przesłaniem – co Wilkoń wyraźnie podkreśla – całej jego twórczości, słów kilka o innym przedsięwzięciu, o ilustracjach do „Pana Tadeusza”.

Ponad 60. ilustracji wykonanych akwarelą i tuszem powstało do edycji poematu wydanego przez „Gazetę Wyborczą” (2005 r.), w której jednakże znalazło się tylko po jednej ilustracji do każdej księgi utworu. Całość pokazał rok później w Galerii SD Wilanów. I to prace zdumiewające, dalekie od realistycznego odwzorowania tekstu, pokazujące niezwykły klimat staropolskiego, kresowego dworu.  W warstwie plastycznej niemal abstrakcyjne, ulotne i pełne finezji. Jest po prostu mistrzem rysunku.

Oprowadzając po wystawie w ZACHĘCIE Józef Wilkoń wskazał na spore powiększenie rysunku Arki w bezmiarze oceanu, bezmiarze ulewy. Ta mała skorupka stała się wzorem ARKI z drewna. 5 m wysokości i 10 m długości. Okna dla zwierząt: lwa, niedźwiedzia, dzika, tura i wielu innych, dla ptaków, gadów ... U Wilkonia nie ma zwierząt budzących odrazę, nie ma zwierząt groźnych, niebezpiecznych. Również w relacjach ze sobą. Kot u niego trwa w serdecznym uściski z panterą, hipopotam uśmiecha się, smoki z deszczowych rynien przeobrażają się w radosne instrumenty, a łoś czy tur wykreowany jednym cięciem topora (Józef Wilkoń już w danym materiale widzi swoje zwierzę!),  wyglądają, jakby na co dzień przechadzały się po jego podwórzu.

ARKA ma otwarte drzwi. Każdy może wejść. Popłynąć. To jego przesłanie: Ocalać wszystko, co żyje.       

On był zawsze inny - wspominają koledzy ze studiów. Nigdy nie bał się tej inności, jako że ma w sobie siłę nie tyle blokującą go, co dystansującą od tego, co jest standardem estetycznym, życiowym, towarzyskim. On Arkę ma w sobie.


© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz