PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 18-11-2013

Ogród z krzesłami ...

... choć jako tytuł mojego spojrzenia na prace Krzysztofy Zwierz-Ciok mogłabym przywołać każdy inny z jej tytułów, bo każdy jest niebywale spójny z jej sposobem traktowania własnego obrazu. Perfekcyjnego w rozmalowaniu ! Niewątpliwym bowiem sprawdzianem malarskiego kunsztu jest płaszczyzna płótna powlekana tym samym kolorem. A to dominuje w jej twórczości, przestrzeń do wypełnienia zwykle staje się jednorodna: biel, czerń, zieleń, błękit, fiolet, szarość  ...

Z rozwagą tonowana każda z barw, dyskretnie odkrywa wewnętrzne światło obrazu, na którym pojawia się obiekt, jakby w lekkim ruchu, jakby „Filutkiem” z dawnego „Przekroju”* podszyty. Obiekt intrygujący. Coś z autorskiej łamigłówki.

Gdy wpatruję się w obrazy Krzysztofy Zwierz-Ciok, uwodzi mnie właśnie ta ich powietrzność. One są jakby w przestrzeń niesione dyskretnym podmuchem, muśnięciem morskiej bryzy, czy kropli ze zraszacza trawnika, owiane zapachem niezidentyfikowanego kwiatu, podrysowane nieśmiałym z nagła promieniem. Tak. One są bardzo delikatne. Chociaż nie tylko. Bo są też obrazy zdecydowanie w sobie osadzone. Jakaś bryła, jakiś miejski fragment krajobrazu, morska latarnia... Przy czym to głównie bodźce dla wyobraźni, no chyba, że dom z oknami – tu nie ma domysłu: chyba że „dosadnie” sformułowany tytuł. Tylko Krzysztofa Zwierz-Ciok jest zbyt wysublimowana, by tytuł nas ograniczał. Nawet jeżeli informuje – w zderzeniu z obrazem jest niezwykły. I gdy mamy już do czynienia z rzeczywiście „Niezwykłą opowieścią o San Francisco”, nie spodziewajmy się fotograficznego odwzorowania miasta. Znowu dostajemy zadanie. My musimy zakodowaną obrazem fascynację, uniesiecie miejscem pobytu artystki sami rozszyfrować.

Obrazy Krzysztofy  Zwierz-Ciok poznałam kilkanaście lat temu za sprawą poznańskiej Galerii Garbary 48. Od razu stały się „moje”. Budziły moje zaciekawienie, zastanowienie i uśmiech. Dalej podziw, który  narzuciła dyscyplina każdego obrazu.  Dla mnie „taka nowosielska”. 

   

-  Lata uciekały, okazało się jednak, że nie uciekły te płótna z mojej pamięci. Gdy niedawno zajrzałam pod adres Garbary 48 poczułam się trochę jak mała dziewczynka: „Latawiec”, „Hamak”, „Wiadomość w butelce”, „Owad”, „Żółta plama”, „Zielone schody”. Czułam się jakbym w jednej chwili odbyła daleką podróż. W głąb siebie, w głąb czasu, w obszar krakowskiej kultury z lat kształtowania się mojej estetyki (stąd przywołanie wcześniej Filutka i „Przekroju”, tego za Mariana Eile !), rozmów o sztuce na tamtym gruncie.   

Napisałam do Krzysztofy Zwierz -Ciok e-mail z różnymi pytaniami, w tym z pytaniem o zdjęcie jej pracowni. Gdy je otrzymałam, przepraszam – osłupiałam. Pracownia jak sterylne biuro, pokój. I przypomniałam sobie wizytę u Jerzego Nowosielskiego, zaskoczenie, że podłoga jest czysta, że stoi kanapa, stół obmalowany „jego kolorami”, że obrazy są za kotarą. Dociekałam tzw. „aktu twórczego”, obyta z pracowniami, gdzie pachnie farbą, w których farba wszystkiego dotyka, na wszystkim się osadza.

- Proszę pani – powiedział wówczas – farba ma być na obrazie, nie na podłodze.

Od razu wysłałam do Krzysztofy Zwierz-Ciok zaczepne pytanie: - czyżby wyznawała maksymę Nowosielskiego ?

- Ależ ja jestem z pracowni Nowosielskiego – odpisała – studia na ASP w Krakowie.

Rozbawiło mnie samą to osadzanie jej w kolorystyce i dyscyplinie Mistrza ! 

Oczywiście mogłam wcześniej , jak to się teraz mówi, „wygooglować” jej życiorys, ale – to bywa czasami złudne. Pozostaję zatem w e-mailowej z nią rozmowie:

- Tak, ja też się pod tym podpisuję - kontynuowała za oceanu swoją wypowiedź.

Farba powinna być na płótnie, a nie na podłodze. Ja nie cierpię pomazianych pracowni.  Kiedy maluję mam zupełnie czyste ręce. Jeśli  przypadkiem, nieopatrznie coś pobrudzę farbą - natychmiast to wycieram. Moja pracownia jest zdecydowanie najbardziej uczęszczanym miejscem. Obrazy mam wszędzie porozkładane, gdy wysychają, tylko dbam o to żeby mokra farba czegoś nie zabrudziła.

Studia  skończyłam w 1991 roku, to niemal 25 lat temu. Teraz moja córka studiuje na ASP,  tym bardziej więc odczuwam, że studiowałam d a w n o temu ... Dla mnie studia były niezmiernie ważne i z pewnością stanowią znaczącą cześć mojej drogi artystycznej. Nowosielski był dużym oparciem w mojej pracy na początku i aż do wyjazdu do USA.

Często odwiedzałam go w  pracowni w domu, spędzając czas również z Zosią, jego żoną. Przyprowadzałam  tam moje dzieci i oni to uwielbiali. Nowosielski robił im zdjęcia. Nowosiel – tak wszyscy o Nim mówili, też odwiedzał mnie w pracowni. Napisał kilka esejów do moich katalogów, wstępów do wystaw. Zawsze pojawiał się na otwarciach moich wystaw.

- A gdy zapytam o mistrzów poza Nowosielskim?

- Pierwszym był Jan Matejko. Gdy byłam 7, 8-letnim dzieckiem robiłam kopie z reprodukcji Jana Matejki z  "Pocztu Królów Polskich", który podsunęła mi moja matka, nauczycielka historii powszechnej. Drugim artystą był trochę później, kiedy miałam jakieś 19 lat - Henry Matisse. Potem moim mistrzem stał się Piotr Potworowski, dalej Jan Miro, Paul Klee, Picasso, potem, jak wspomniałam - Jerzy Nowosielski i jeszcze  Jean- Michel Basquiat.

Na  pytanie o chwile na odejścia od sztuki, na inne zainteresowania, dostaję dość przewrotną odpowiedź:

- Jeżeli, to moda: urządzanie mieszkań, projektowanie ubiorów ...  Z całą pewnością Muzea.  Zjeździłam i  obejrzałam prawie wszystkie w całej Europie i w Stanach  Zjednoczonych. Każdą wolną chwilkę spędzam w Galeriach i w Muzeach oraz w internecie - oglądając wszystko, co jest dostępne.

- Kontakty z innymi artystami ?

- Sporadyczne, w ramach wernisaży, kolacji. Ja mam rodzinę, zajęta więc jestem i sprawami rodzinnymi, a należę do grona artystów zdyscyplinowanych. Traktuje moje malowanie jako poważny zawód. Nie jestem w stanie żyć bez malowania. Mam wręcz wewnętrzny przymus -  jeśli nie namaluję czegoś, to muszę przynajmniej narysować, naszkicować.

Moje motto mogłoby brzmieć: Codzienne coś zrobić !, nawet najmniejszą rzecz, choćby wymagała  tylko 5 min czasu. Nie tracić ani minuty w ciągu dnia.

Zauważam: - I to żyjąc na dwóch kontynentach.

- Od kilkunastu lat mieszkam w San Francisco w Kalifornii.

W rzeczywistości żyję pomiędzy Krakowem i San Francisco. (Z Krakowa wyjechałam najpierw na pół roku do The Helen Wurlitzer Foundation w Nowym Meksyku na stypendium artystyczne. Tam nawiązałam kontakty, zaczęłam współpracować z Galeriami Sztuki, robić wystawy. Następnego roku zostałam zaproszona na kolejne stypendium do Virgini. Tam spędziłam 3 miesiące. Moje kontakty artystyczne zaczęły owocować, więc wracałam na otwarcie kolejnych wystaw i - tak latałam tam i z powrotem pomiędzy San Francisco, Nowym Yorkiem, Bostonem, Waszyngtonem i Krakowem itd.) - Moje obrazy znajdują się na obu kontynentach, w obu pracowniach: w Krakowie i w San Francisco. To ubogaca. Moje obrazy są interpretacją rzeczywistości, tworzę wizerunki, które tak naprawdę odpowiadają czemuś, co zobaczyłam wcześniej lub czemuś, co widzę w danej chwili. Następnie to przekształcam, pomijając pewne detale lub używając manipulacji kolorem, zmieniając daną wizje na płaszczyźnie.

Uwielbiam odkształcanie i zniekształcanie form i brył. Uwielbiam posługiwanie się rysunkiem na płótnie - grę cienkich i grubych, foremnych lub nie foremnych linii, grę światła i cienia. Uwielbiam grubą fakturę. Mój pomysł na malarstwo to tak naprawdę kontynuacja tego, co zaczęłam 25 lat temu.

- O, zmiany w komponowaniu obrazu są zauważalne, można je klasyfikować, zamykać w ramy czasowe.

-  Zmiany  następujące w mojej sztuce wynikają ze zmian w sposobie rozpracowywania kompozycji obrazu. Pamiętam czas kiedy poszukiwałam w procesie malowania obrazu równowagi w kompozycji, a potem akcentowałam kolorystycznie pewne punkty, które stawały się w ten sposób najważniejszymi punktami na płótnie. One to tak naprawdę określały dany obraz. Zwykle były to 3 punkty matematycznie obliczone i geometrycznie zaaranżowane na obrazie. Następnie posunęłam się do używania maksymalnie 2 punktów akcentu w obrazie. Dalej zaczęłam aranżować obrazy z jednym punktem, akcentem, który staje się częścią bardzo wyważonej kompozycji płótna. Wreszcie nastąpił okres z wprowadzaniem przestrzennych elementów. Nie stosuję jednak tego typu akcentów w każdym obrazie. W tej chwili posługuję się kompozycją minimalistyczną, bardzo uproszczoną z jednym akcentem, który może być dość rozbudowany dwuwymiarowo lub przestrzennie. Linie mogą być wysublimowane, przerywane, zanikające, podobnie jak kolor może przechodzić z jednego do drugiego gładką, czasem drgającą płaszczyzną, często mocno fakturowaną. Moje obrazy mogą być utrzymane w gamie monochromatycznej lub kontrastowej. Mogą to być duże płaszczyzny, średnie, lub wręcz maleńkie. Pracuje olejem na płótnie, olejnym pastelem na papierze, ołówkiem lub długopisem na papierze. Tu i tam. - Każda moja podróż pomiędzy Polską a USA wprowadza dodatkowy wymiar do mojej sztuki.

Pomiędzy Europą a Ameryką jest bardzo duża różnica formalna w widzeniu oraz tworzeniu sztuki. Europejski intelektualny klimat jest bardzo osobisty i wysublimowany. Ameryka natomiast jest bardzo podatna i otwarta na wpływy innych kultur. Tutaj w Kalifornii percepcja koloru ujawnia się w innych wartościach materialnych, ze względu na ciepły klimat, gdzie niebo bezchmurne utrzymuje się przez całe dnie bez względu na porę roku. To ma olbrzymi wpływ na kolor.

-

Wprowadziłam do tego mojego pisania o obrazach Krzysztofy Zwierz-Ciok obszerne jej wypowiedzi. Z przekonaniem, że znakomicie dopełniają, dookreślają to malarstwo. Ja swoje refleksje i odczucia wobec wspomnianych obrazów nakreśliłam we wstępie. Każdy kolejny e-mail otwierał mi szerzej oczy na tę twórczość. Postanowiłam słuchać co mówi autorka intrygujących mnie obrazów. Poczułam się w tej rozmowie przez ocean, jakbym siedziała na jednym z krzeseł przy ciemnym stole w „jej ogrodzie”, widzianym z dalekiej, podniebnej przestrzeni...

Fantastyczny stan, fantastyczne doznanie.

         

 

        

(zdjęcia autorki i archiwum artystki)

* Marian Eile

W 1945 r. założył w Krakowie tygodnik „Przekrój” i był jego redaktorem naczelnym w latach 1948-1969. Pod jego kierunkiem „Przekrój” stał się jednym z najciekawszych czasopism całego obozu socjalistycznego, kształtując powojenne pokolenie polskiej inteligencji. W zespole redakcyjnym i wśród współpracowników obecne były liczne indywidualności, m.in. Ludwik Jerzy Kern, Zbigniew Lengren, Jerzy Waldorff, Lucjan Kydryński i Konstanty Ildefons Gałczyński. Na łamach tygodnika popierał Piwnicę pod Baranami, wypromował m.in. Sławomira Mrożka i Daniela Mroza. Był twórcą koncepcji szaty graficznej i linii programowej Przekroju. Został uwieczniony w "przekrojowym" cyklu rysunkowym o Profesorze Filutku Zbigniewa Lengrena. Był autorem rubryki „Myśli ludzi wielkich, średnich oraz psa Fafika”.

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz