PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 16-12-2013

Artystycznie i użytkowo

Nie jestem odosobniona w zadziwieniu: – kiedy on to wszystko zrobił?

Żył z rozmachem, intensywnie i rodzinnie, i towarzysko, był jako twórca ekspansywny, obecny w wielu miejscach w Poznaniu, od sal wystawienniczych, przez słupy ogłoszeniowe, niektóre miejsca handlowe, czy tzw. kulturą wysoką się mieniące, sale wystawowe, koncertowe, po - ściany budynków i ich dachy ...

W tamtych latach dziennikarz telewizyjny Adam Kochanowski (jego wieloletni sąsiad w budynku przy ul. Rutkowskiego, obecnie Klaudyny Potockiej) w albumie towarzyszącym wystawie – 8.12.2013 - 26.01.2014 – w Muzeum Narodowym „ZBIGNIEW KAJA 1924-1984”, w swoich wspomnieniach napisał wręcz:

„Był zabieganym królem życia bez włości. Nie zostawił żadnych dziedzicznych dóbr. Pracował, biegał, jeździł, łowił, pił, palił i wydawał.”

A jednak. Zostawił niezliczoną ilość prac, tak różnych, że dopiero gdy się salami Muzeum przechodzi podziw i zadziwienie narastają. Ma się wręcz wrażenie, że pomysły na każdą rzecz dużą i małą sypały się z rękawa!, ot tak, pomiędzy tym co uznajemy za realne życie, a tym, co historia jako sztukę weryfikuje.

Sama niekiedy bywałam u Kaji (w drugiej pojawiającej się wersji nazwiska - Kai, choć exlibris dla syna wyraźnie głosi „Ryszarda Kaji”!), w pokoju klitce budownictwa z lat 60. , z funkcjonalnym w takich warunkach zestawem meblościankowym Kowalskich, wśród różnych kartek, karteluszek, rulonów, piórek, pędzelków, ołówków, dłut i czego tam jeszcze, a nade wszystko w oparach dymu papierosów zapalanych jeden po drugim ...

Gdy do pokoju wchodziła Stenia, żona Kaji, cudowna, ciepła kobieta, świetny ceramik, gęstniało jeszcze bardziej, bo i ona papierosa za papierosem paliła.

Opowieści Kaja snuł różne, anegdotami rubasznymi sypał, herbata w szklankach w metalowych koszyczkach była ciągle zimna, bo ledwo nadpita stała potem na skraju zawalonego czym tylko można blatu, a czas zbiegał nie tyle na rozmowie, co na słuchaniu. Nie miałam więc wrażenia, że jestem w jakiejś szczególnej pracowni. Po prostu miał Kaja kolejne zlecenie i – jeszcze nie wiedział (albo już wiedział), jak to ugryźć, a tę wewnętrzną pewnie szarpaninę, z upodobaniem zagadywał.

Mam na swoich ścianach gęsty drzeworyt „Rogalinek” oraz znakomitą, mocną „Aidę” – linoryt. Także elegancko wygrawerowaną tabliczkę na drzwi ewentualnego przyszłego mieszkania. To, co Kaję charakteryzuje, co oddaje atmosferę tamtych spotkań znajduje się jednak na odwrociu prac, dzisiaj pod oprawą i muszę pomyśleć o tym, by jednak owe rysuneczki, komentarze, dedykacje wydobyć ...

O jego śmierci dowiedziałam się kilka lat później. Po stanie wojennym, po przysłowiowym „wyjściu z pieluch”, bo dzieci na świat przyszły w 1981 i w 1982 roku.

O jego życiu dopowiadał mi dorosły już Ryszard, którego spotkałam jakiś czas temu, gdy na dziedzińcu Starego Browaru budował kolejną w swoim artystycznym życiu Anatewkę, scenografię do plenerowego wystawienia „Skrzypka na dachu” Jerry’ego Bocka.

Patrzyłam wtedy na niego i widziałam ojca, zwłaszcza, że i on pali zapamiętale!

Już wtedy napomykał o zbliżającym się jubileuszu taty, przemyśliwał o muzealnej ekspozycji.

No i tak naprawdę dopiero teraz dowiaduję się o tej ogromnej spuściźnie, o obszarach twórczości Kaji.

Nota biograficzna sformułowana przez kuratora wystawy Marię Teresę Michałowską-Barłóg przedstawia go następująco:

„[...] - grafik, malarz, scenograf, projektant plakatów, ekslibrisów, licznych drobnych form (tu rozszerzę – GB: ekslibrisy, winiety gazet, pocztówki, znaczki, stemple numizmatyczne, banknoty, nalepki na butelki z trunkami mocnymi, znaki, albo jak już dzisiaj mówimy – loga, m.in. Polskiego Teatru Tańca).

Wykładowca PWSSP (obecnie Uniwersytet Artystyczny), artysta silnie związany z Poznaniem (na wystawie spotykałam - wtręt GB – wcale liczne grono pań w latach pozwalających na wspomnienia, które rozemocjonowane rozpoznawały czy to scenografie, czy to wspomniane wyżej plakaty, winiety gazet i ... wódki ich życie znaczące).

Scenograf czynny na scenach operowych Poznania, Wrocławia, Łodzi, teatrów dramatycznych i muzycznych Poznania i innych miast. Wieloletni kierownik artystyczny poznańskiego WAG-u (Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne), w którym realizował też własne projekty. Autor oprawy plastycznej wielu wystaw w Bibliotece Raczyńskich, Muzeum Archeologicznym, oraz innych miastach Wielkopolski. Współautor aranżacji pierwszej stałej ekspozycji Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego. Jako projektant współpracował z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi, Pocztą Polską i Narodowym Bankiem Polskim. Współautor rozwiązań topograficzno-plastycznych Ronda Kopernika (Kaponiera). Projektant kultowych dla Poznania neonów (m.in. przywróconego niedawno na budynku Filharmonii neonu sławiącego „Poznańskie Słowiki”, dlatego dodałam, że znajdował się także na dachach – GB).

[...] zaprojektował odznaki Towarzystwa Miłośników Miasta Poznania oraz sztandar Miasta Poznania. Uczestnik wielu wystaw w kraju i za granicą, laureat konkursów, wielokrotnie nagradzany za działalność artystyczną, zapalony wędkarz i kolekcjoner dzwonków. Twórca za życia znany i ceniony, dziś prawie zapomniany.”

Zapomniany, bo chyba zbyt jednak z Poznaniem związany. Do tego to miasto, jak czas pokazuje, nie jest miejscem przyjaznym artystom, nie pielęgnuje o nich pamięci, nie sprzyja twórcom obecnie tu żyjącym i usiłującym animować kulturalne życie miasta.

Wystawa, na której opieram niniejsze wspomnienie, podobnie jak nieco wcześniejsza w Ratuszu i Galerii Miejskiej ARSENAŁ o Zygmuncie Warczygłowie pokazuje jak bardzo miasto od nich wszystkich się oddaliło. – Czy nie warto wydać przewodnika, informatora, o tych którzy tu byli i są? Ze wszystkich twórczych dziedzin.

Zapomniany, ponieważ pokolenie też już się wykruszyło, nie ma więc komu zabiegać, lobbować, chyba że, jak w przypadku Kaji, słusznie i skutecznie robią to dzieci.  

Kaja, co oddaje wystawa, swoje 59 lat życia wypełnił bez reszty, użytkowo i artystycznie.

Użytkowo w sposób oczywisty. Trzeba było utrzymać rodzinę. Ale nie ma w tej „użytkowości” nic z pospolitej chałtury. Posiadał nieprzeciętny talent do każdej formy. Jak to wszystko jest rozplanowane, z jaka maestrią rysunku, zestawieniem barwnych plam, jak zwięźle, celnie formułowane. Genialny plakat POLAND, na szarości którego bobas pośladkami do nas zwrócony, wpatrzony w – jedyną na tym plakacie kolorową plamę – w wielkie żółte nad wodami morza widniejące Słońce. Ile w tym skrócie prawdy o tamtym czasie.

A plakat 1 MAJA? Czarna jedynka rozkwitająca czerwonym makiem ...

Zaprojektował razem z żoną w 1969 roku, dla Chodzieskich Zakładów Porcelany, czarno-biało-czerwony z elementami złota „Teuflservice” – diabelski garnitur herbaciany, niczego nie tracący i dzisiaj ze współczesnej formy!

A rysunki scenograficzne czy szkice kostiumów? Są obrazami samymi w sobie. Wyśmienita – znowu to zaznaczam - kreska, rytmiczne, płynne barwne plamy, wyczucie scenicznego ruchu ...

Arcyciekawe drzeworyty, w tym drzeworyty barwne, grafiki tworzone mieszanymi technikami (np. „Stłuczona butelka”). Ujmuje mnie ogromnie portrecik „Stenia” i praca „Karykatura żony”. Ileż w nich uczucia, ciepła!

Nadużywam wykrzykników, ale powtarzam – odkrywam Kaję na nowo, prace po latach pokazujących jak pozostaje w wielu z nich współczesny, dynamiczny, no i rozpoznawalny.

Ale jest moment na tej wystawie poruszający mnie szczególnie.  

Trzy obrazy eksponowane w formie kąta kwadratu. W miejscu na obraz po prawej u góry, miejscu które zamykałoby kwadrat cytat:

Steniu, ja znowu maluje,
najpierw dzielę płótno ostrymi kreskami,
jakbym tort kroił,
i pomyślałem, że jak przyjedziecie,
może tort makowy byś zrobiła na Boże Narodzenie?
                                                                      Zbychu

Nie ma pod tym daty, ani miejsca. Jest jeden ważny komunikat. Czuł się malarzem. Tęsknił za płótnem. Prawdopodobnie w użytkowej gonitwie, na tę „wyspę” rzadko się udawał. Bo obraz jest bardzo wymagający i zachłanny.

           

W katalogu, w rozdziale „O obrazach”, krytyk sztuki Joanna Dziubkowa zauważa:

„Opisanie malarstwa Zbigniewa Kai nie jest rzeczą prostą. I to nie dlatego, że w jego wcale nie małym dorobku trudno szukać jednoznacznych elementów, wiążących tę spuściznę w zamkniętą, skodyfikowaną, uporządkowaną stylistycznie całość. Nawet tematyka obrazów jest tak różnorodna, że należałoby stwierdzić trywialnie: malarza interesowało wszystko. Szybko, bez specjalnego namaszczenia, przekładał w obraz chwilowe zauroczenia przyrodą, starą architekturą, wdziękiem małomiasteczkowego zaułka, pociągającego kształtami kobiecego ciała, soczystą barwą owoców na stole, czy teatralną ekspresją grupy kolędników.”

Tak, rzeczywiście Zbigniew Kaja chłonął całym sobą całe otoczenie, wszystkie zdarzenia. 

Dla wszystkiego szukał, najczęściej zgeometryzowanego, nieco w sztuce ludowej zahaczonego znaku plastycznego. Żył i tworzył namiętnie, zachłannie, co cechowało wielu ludzi obarczonych doświadczeniem wojny, a potem rozpoznających dotkliwie nową rzeczywistość, co często wpisane jest w twórcze życiorysy ludzi zbyt wcześnie odchodzących. Jakby mieli (a może mają) w sobie pewien imperatyw, nakaz działania na wzmożonych obrotach.

W katalogu wystawy zorganizowanej 30 lat po śmierci artysty, w katalogu do którego po raz kolejny się odwołuję, w przypisach odnajduję drobnymi literkami przytoczoną informację sporządzoną przez Stefanię Kajową na okoliczność pośmiertnej w 1985 roku ekspozycji, na której prezentowanych było tylko 86 obrazów, o stanie liczebnym prac męża: „Zbyszek nie liczył. Nie sposób dzisiaj stwierdzić, co i ile zrobił. Po wielu pracach nie ma śladu, w zbiorach domowych znajduje się zaledwie część prac, w katalogach i wycinkach prasowych wzmianki o innych, które nie wiadomo gdzie i czy jeszcze istnieją”.

No właśnie ... I na tej wystawie samych obrazów znalazło się niewiele.

          

(zdjęcia autorki)

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz