PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 04-12-2015

W chaosie świata

Do bólu logiczny. Precyzyjny.

Ortodoksów językowych zagina na poprawności określonych sformułowań oraz na - przecinkach i spacjach. Policjantów przyłapuje na kłopotach z „interpretacją” znaków drogowych. Urzędnikom wytyka nielogiczności … bo - zwykł cytować Stanisława Jerzego Leca: - Nawet głupota nie zwalnia od myślenia.

Lojalny w przyjaźniach, oddany najbliższym, a niemal bez reszty swoim kolejnym Felkom, jamnikom szorstkowłosym, wiernie zapisanym w jego twórczości.

Teraz na spacery wyprowadza go Felek III.

Nie bez podstaw więc Jerzy Madeyski pisał: - Adama Wsiołkowskiego uważa się za chłodnego racjonalistę, nieodrodnego potomka myśli Apollińskiej wraz z jej zasadą wszechogarniającego metrum, modułu i kanonu na jakiej opiera się gmach sztuki doskonałej.

Dodając zaraz: - To prawda, lecz połowiczna tylko, a półprawda starczy za całe kłamstwo.
Istotnie, Wsiołkowski jest perfekcjonistą we wszystkim co czyni, od precyzji myślenia zaczynając a na wykonaniu obrazu kończąc; lecz precyzja nie wyklucza emocji, czyli po prostu uczucia wraz z jego romantycznymi a nawet sentymentalnymi odcieniami, choć nadaje im kształt nienaganny; bo czyż praecisio nie znaczy dosłownie - przycinanie, obcinanie, sprowadzenie zatem meritum zjawiska do jego formy elementarnej i najbardziej przekonywującej, gdyż oczyszczonej z wszelkich zaciemniających lub nawet zniekształcających obraz wtrętów i ozdobników?

   

„Miasto nieznane IV” E, H ,F — 130 x 100 cm, olej, akryl, 2008-10

To właśnie zahaczyło mnie w obrazach Adama Wsiołkowskiego, gdy … lata temu dojechałam na plener malarski w Lesku. Jego płótna były obok wszystkich innych prac absolutnie osobne.

Precyzyjny rysunek, jedna barwa płótna z ciekawymi świetlistościami, albo cieniami od szarości do czerni, bez jakiegokolwiek ociekania farbą, zamaszystego, fakturowego, rozsmarowania pędzla, choć nią, farbą olejną i akrylową posługuje się - misternie! Obrazy prowadzające widza w swoiste science fiction obszary, w niczym poklatkowo przestawiony magiczny film o jakimś niebycie tu i teraz, o jakiś podróży do … ?

Gdy wczytałam się w tytuły, okazało się, że w istocie - najczęściej do „Miasta nieznanego”. Dalej następowały numeracje przedstawień.

Pracowałam wtedy nad tomikiem „Świat bez pomysłu”. Wyraźniej zobaczyłam w tym spotkaniu swoje wiersze. Zapytałam Adama Wsiołkowskiego o możliwość obudowania nimi tomiku. Tak się też stało. Tak rozbudziła się moja ciekawość warsztatu Adama, ciekawość innych jego prac.

Z późniejszej wizyty w „studiu” na ostatnim piętrze krakowskiego wieżowca pozostał mi w pamięci niebywały ład, czytelność pracowni, której centralnym obrazem było - oczywiście - zdjęcie „Pana z Felkiem I”.

Ale głównie w pamięci zapadł mi wtedy taki rysunek Adama Wsiołkowskiego, na którym aż furczy dynamika gestów kobiety zdejmującej suknię przez głowę … Rysunek gorący, buzujący emocjonalnie.

Mam go w katalogu wystawy (2005 r.) z zamykającej dziesięcioletni cykl międzynarodowych w Poznaniu prezentacji sztuki p.t. „Paleta Erosa”.

Tak, tu unaoczniło się to, co formułował Jerzy Madeyski - …. precyzja nie wyklucza emocji.

 

Gdy przed rokiem trafiłam do Galerii Jednej Książki Biblioteki Głównej ASP w Krakowie na wystawę rysunków Adama, odsłoniła się w nich jeszcze jedna jego cecha - niebanalne poczucie humoru ! (vide - choćby rysunki pt. „Jesień”, Jając ).

Przytoczę opinię Marii Tyws piszącej o twórczości Adama Wsiołkowskiego przy okazji jednej z wielu jego wspólnych z wieloletnim przyjacielem Krzysztofem Kiwerskim wystaw:

… Oto wyabstrahowany świat stężały w wiecznotrwałych i doskonałych układach geometrycznych, których hieratyzm wnosi ton uroczystej powagi. Bowiem ambicją malarza nie jest odwzorowanie rzeczywistego świata w jego bujnych, zmysłowych przejawach; on ten świat poznaje, by wyrazić ukrytą pod powłoką zjawisk istotę rzeczy.

 

Oraz Łukasza Konieczko rozważania z krakowskiego Kwartalnika o Sztuce „WIADOMOŚCI ASP Nr. 56”: - W  kontekście twórczości Adama Wsiołkowskiego trafność tego spostrzeżenia wydaje się bezsprzeczna. Światy Adama Wsiołkowskiego nie są  odwzorowane, lecz wyobrażone, są konkretne, ale równocześnie nierzeczywiste. To przedziwne balansowanie pomiędzy światem realistycznych odniesień - które często przyjmują bardziej formę półabstrakcyjnych znaków niż realistycznych przedstawień - a światem umownych, geometrycznych przestrzeni, w których tworzy ową „nierzeczywistą rzeczywistość”. […] - I jeszcze jedno spostrzeżenie. Adam Wsiołkowski z  umiłowaniem tworzy różne wersje kolorystyczne opracowanych kompozycji. Postawa taka jest i była spotykana wśród malarzy. Często wynika z potrzeby „zmierzenia” się z wybranym motywem raz jeszcze, z radości samego tworzenia, a może jedynie z chęci zestawienia, porównania - to sprawdzony sposób utwierdzenia się w słuszności podejmowanych decyzji.

 

 

 

   

„Miasto nieznane V” B, E, A — 100 x 130 cm, olej, akryl, 2010-40

Według Stanisława Tabisza (ten sam co wyżej Kwartalnik, Nr. 59): - Wsiołkowski w  swojej twórczości „poszukuje absolutu”, co prowadzi go do „niezwykle tajemniczego doświadczenia metafizycznej medytacji” […], plasuje się częściowo w  tradycji konstruktywistycznej i suprematystycznej, tradycji odnowionej po wojnie w  latach 60. XX w. przez reprezentantów takich kierunków, jak op‑art, minimal‑art, abstrakcja pomalarska czy abstrakcja hard‑edge. U Wsiołkowskiego można odnaleźć doświadczenie tych tendencji.

Osobiście najbliższe jest spojrzenie na twórczość Adama Wsiołkowskiego Marii Zientary (wstęp do katalogu wystawy artysty w  krakowskiej galerii Piano Nobile w 2002 r.), która uważa, że - prace Wsiołkowskiego intuicje ikonograficzne przywodzą na myśl współczesne teorie z  dziedziny fizyki atomowej i  subatomowej, zbieżne w swojej istocie z filozoficzno‑religijną myślą Wschodu.

Zgodnie ze  swoją koncepcją dostrzegania w  twórczości artysty wizji równoległej do zaawansowanych technologii przyszłości, próbuje deszyfrować stale obecną w jego obrazach tajemniczą „płomykowatą formę”, określaną przez niego jako UPO (Undefinited Painted Object - Niezidentyfikowany Obiekt Namalowany). Maria Zientara dochodzi do wniosku, że formą tą jest „procesor”. „Płomykowaty »procesor« sygnalizuje obecność reakcji, której epicentrum znajduje się w ostrosłupie przypominającym odwróconą piramidę. Z  jego wnętrza wyłania się miasto przyszłości - układ scalony, przypominający oglądaną z  bardzo dużej wysokości aglomerację miejską [...].

Futurologiczna wizja miasta Adama Wsiołkowskiego - konkluduje Zientara - ma wiele wspólnego ze współczesnymi fantastycznymi koncepcjami architektów, którzy rzucili wyzwanie przyszłości.

Na oficjalnej stronie domowej Adama Wsiołkowskiego widnieje ten oto (uzupełniany) biogram:

Urodzony w 1949 r. w Krakowie. Studia na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. W. Taranczewskiego, uzyskując dyplom z wyróżnieniem i medalem rektora w 1973 r. W tymże roku rozpoczyna pracę pedagogiczną w Akademii, otrzymując w 1992 r. tytuł profesora. Prowadzi pracownię malarstwa; w latach 1996–2002 był dziekanem macierzystego Wydziału, a w latach 2008–2012 rektorem ASP.
Uczestniczył w około 200 wystawach w Polsce i za granicą. Miał ponad 60 wystaw indywidualnych, m.in. w Krakowie, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Berlinie, Nowym Jorku, Pradze, Paryżu, Norymberdze, Essen i Kijowie. Uzyskał ponad 20 nagród w konkursach malarstwa, rysunku i plakatu, w 1991 r. nagrodę Ministra Kultury i Sztuki RP za wybitne osiągnięcia artystyczne i dydaktyczne, a w r. 2012 nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wkład w rozwój wyższego szkolnictwa artystycznego; Krzyż Kawalerski Polonia Restituta 2013; Nagroda Województwa Małopolskiego „ARS QUAERENDI” 2015; Nagroda Miasta Krakowa 2015. W latach 1981/82 przebywał w USA na półrocznym stypendium Fundacji Kościuszkowskiej, uzyskując tam stypendium Fundacji Ford & Rockefeller.
Jest wiernym panem jamnika szorstkowłosego Felka Trzeciego.
Prace w zbiorach: Muzea Narodowe w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Kielcach; Muzea Okręgowe w Tarnowie i Toruniu; Muzeum Historyczne Miasta Krakowa; Muzeum ASP w Krakowie; Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego; Muzeum Chełmskie w Chełmie; Muzeum im. Wyczółkowskiego w Bydgoszczy; Muzeum Miasta Jaworzna; Muzeum Częstochowskie; Muzeum Plakatu w Wilanowie; kolekcja Centrum Sztuki „Studio” im. S. I. Witkiewicza w Warszawie; kolekcja ostromecka Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy; Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu; Bank Przemysłowo-Handlowy w Krakowie; galerie BWA w Poznaniu, Sieradzu i Białymstoku; Fundacja Malarstwa Polskiego w Lesku; The New York Public Library; Polish Institute of Arts & Sciences; The Kosciuszko Foundation – Nowy Jork; muzeum Mondriaanhuis w Amersfoort w Holandii; muzeum Fundación Antonio Pérez w Cuenca w Hiszpanii oraz kolekcje prywatne w kraju i za granicą.
 

Trafnie zatem zauważa cytowana już wyżej Maria Tyws, iż twórczość Adama Wsiołkowskiego, obserwowana w dłuższej perspektywie, wzbudza szacunek swą wewnętrzną spójnością i konsekwencją. Zwartości dzieła służy wyraziście określona osobowość autora i jego głęboka samoświadomość, które to cechy warunkują programowe dążenie do jasnej koncepcji intelektualnej i plastycznej. Badawczy, analityczny umysł artysty rodzi precyzyjne konstrukcje myślowe ukierunkowane na refleksję ontologiczną, epistemologiczną czy autotematyczną, zaś nadrzędna potrzeba logiki i porządku pozwoliła mu wyklarować własną formułę estetyczną, która czyni to malarstwo rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka.

    

1. „Obecność III” H — 70 x 80 cm, olej, akryl, 2001  2. „Zjawisko XII" F — 50 x 50 cm, olej, akryl, 1988

Oryginalny i bardzo charakterystyczny styl Wsiołkowskiego ujawnia się w obrazach o niezwykłej wprost precyzji wykonania i zdyscyplinowaniu formy. Poddane rygorowi geometrii, czytelne, przejrzyste i tektoniczne kompozycje, stają się wzorem ładu i harmonii, nieco chłodnego w swej perfekcji piękna. W tym aspekcie sztuka ta jawi się jako jeszcze jedna współczesna recepcja (w pewnym sensie klamra w stosunku do oceny Jerzego Madeyskiego! - GB) greckiego kanonu piękna racjonalnego, opartego na przesłankach matematycznych.

Gdy pytam Adama: - Co jest motywem przewodnim Twojego malarstwa?, maksymą? - bo przecież nie kodeks drogowy (sic !) - Odpowiada krótko: - Nie wiem.

Ale za niedługo dostaję e-mail: - Aha - pisze: - podobno w moich obrazach ,,… porządkuję chaos świata” …

Rzeczywiście, odnajduję owo spostrzeżenie w tekście Anny Pilch ,,Formy wyobraźni”.

I z tym też się zgadzam!

(zdjęcia przesłane przez Adama Wsiołkowskiego i autorki)

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz

Opublikowano 01-07-2015

Trzecie oko

Jest perfekcyjna, jest uczciwa i niebywale w każdy swój obraz wtopiona.

Malarstwo o podłożu sakralnym wymaga przecież uczciwości. Jest ono nurtem, w którym niezmiernie łatwo o kicz, powierzchowność, obłudę. Jest nurtem, w który wielu wkracza zbyt ochoczo, upatrując dla siebie stałego zawieszenia, częstego zlecenia, adoracji - bo jakże tu kwestionować dzieło tym co najświętsze znaczone. Tego typu spekulacje pozostają niestety nierzadkie, oblepia nas więc bolesny, zwłaszcza u „dyplomowanych artystów” fałsz.

Z jej obrazów tchnie siła i szczerość. Szczerość i siła jej wiary.

Elżbieta Wasyłyk studiowała historię na UAM w Poznaniu i malarstwo w poznańskiej PWSSP (dzisiaj UAP). Dyplom obroniła w pracowni prof. Jacka Waltosia. W 2007 r. uzyskała doktorat na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Prowadzi pracownię malarstwa w Wyższej Szkole Sztuki Użytkowej w Szczecinie. Obok malarstwa sztalugowego zajmuje się witrażem (kościół Matki Boskiej Częstochowskiej w Darłowie) i malarstwem ściennym (kaplica w Wielkiej Wsi k. Wolsztyna i kościele św. Jana Chrzciciela w Trzciance). Wystawiała swoje prace na ponad 80 wystawach zbiorowych i indywidualnych (m.in. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu i Rzymie).

Autorka kilku cykli - Paschy przedstawianej m.in. w Instytucie Kultury Polskiej w Rzymie, Kształtu obecności, Rozważań w drodze, Re-Kreacji. Misterium osoby i Chopina.

Dwukrotna stypendystka Ministra Kultury i Sztuki RP oraz Fundacji Jana Pawła II w Rzymie.

Została laureatką XXIII -go Festiwalu Polskiego Malarstwa Współczesnego w Szczecinie. Jej prace znajdują się w kolekcji Współczesnej Sztuki Sakralnej w Kielcach i w Pommerscher Diakonieverein w Greieswaldzie (Niemcy).

Pisze wiersze (tomiki "Spotykamy się" - 2004 i „Niebo nad sześcianem”- 2014) oraz komentarze do swojej do swojej twórczości, zarówno od strony ideowej, jak i technicznej, nie czyniąc sekretu z tego co nazywamy „kuchnią malarską”. Maluje na płótnie, na kartonie i drewnie. Punktem wyjścia jej kompozycji jest zwykle, traktowana symbolicznie - jako naczynie duchowe, figura ludzka.

Postacie z obrazów artystki - czytam wprowadzenie do jednej w wystaw – dialogują ze sobą i światem bez słów, a żarliwość i łagodność tych relacji przedstawiona jest nie w sposób opisowy, lecz plastyczny jako zestawianie, przenikanie, nakładanie się form. Stąd głównymi elementami przedstawienia są kontur, gest i barwa. Gesty długopalcych leonardowskich dłoni, ogarniających ramion i zwróconych ku sobie głów są nośnikami emocji, podobnie jak nasycona, matowa, żarząca się wewnętrznym światłem plama barwna. Powtarzająca się triada kolorów: błękitu, czerwieni i żółcieni o czystych, świetlistych wysmakowanych odcieniach, płynność to wyrazistej, to znów rozmytej linii, chropawa faktura - wszystko to składa się na niezwykłą malarską urodę tych płócien.

Ja zwrócę tu jeszcze uwagę na gamę doskonale rozgrywanej tonacji szarej (jak w przejmującym obrazie „Jezus skazany na śmierć”), i nie tyle błękitnej, co niebieskiej, w malarstwie symbolicznym, przywodzącym myśl o przejściu postaci poza granicę życia.

Ćwiczenia duchowe to najnowsze realizacje malarskie, którym towarzyszy stwierdzenie Demokryta z Abdery, że piękne rzeczy wypracować można dzięki długiej i uciążliwej nauce, złe natomiast owocują same, bez trudu.

- Motywem przewodnim są tu (wspomniane wyżej - GB) ludzkie dłonie - mówi Elżbieta Wasyłyk. Symbolizują nie tylko mój wysiłek fizyczny, ale przede wszystkim duchowy, w którym oddziaływujące na siebie aspekty: psychiczny, artystyczny i intelektualny mogą ożywić moją aktywność i jednocześnie umożliwić mi uchwycenie sensu nie tylko gry jako umiejętności, ale ćwiczenia, przemiany odkrywającej we mnie coraz pełniej sens życia.

W tekście jaki znajduję w zachowanym na półce katalogu z IV Forum Malarstwa Polskiego Lesko 2004 ECCE HOMO, w rozważaniu o sztuce „Być obecnym i tworzyć” Elżbieta Wasyłyk pisze:

Nie ulega wątpliwości, że artysta, jak każdy człowiek, ma jasno sprecyzowane obowiązki wobec innych. Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie pożądaj - są nakazami wpisanymi w strukturę osobową człowieka w celu ochrony jego suwerenności. Wyznaczają sposób obrony podstawowego dobra - być, które człowiek może rozwijać jeszcze bardziej - być obecnym. Obecność to dużo więcej niż bycie, to więcej niż bycie i przestrzeganie nakazów, to stan, w którym osoba optymalnie pomnaża dobro stworzone. Artysta przez umiejętności, jakimi został obdarowany, ma możliwość, a potem obowiązek tworzenia, czyli wprowadzania w życie. Jeżeli tego nie czyni, służy komercji. Ona jest oszustwem wypływającym z lenistwa i gwiazdorstwa.

Cytuję powyższy obszerny fragment brzmiący niczym Manifest, ale też trudno go tak nie odbierać. Zawiera się w tym fragmencie wyraźna jej-artystki deklaracja, od której nie odstępuje. W malarstwo swoje ma wpisaną perfekcję formy, warsztatu i określonego przesłania.

Nie znam osoby, która pozostawałaby obojętna na twórczość Elżbiety Wasyłyk. Mogą jej obrazu nie widzieć w swoim wnętrzu (w sensie zajmowanej przestrzeni), ale pozostają w ich wnętrzu (w sensie percepcji, wrażenia, znaku), bez względu na deklarowany światopogląd.

To znaczy, że uczciwa sztuka ma siłę.

Dotykam tej kwestii mając w pamięci reakcje w trakcie charytatywnych licytacji, gdy dane mi było prezentować darowane przez nią prace. Również reakcje na obraz jaki sama posiadam „Wygnanie z Raju”.  

Maluję to, co zrozumiałam, albo zaczynam rozumieć. - Przytaczam jeszcze jeden cytat ze wzmiankowanego katalogu.

Czasem na płótnie pojawia się radość. Jest dyskretna, ponieważ trudniej jest mi wyrazić odpowiedni kształt radości, również eschatologicznej. Potrzebuję większej dojrzałości, wciąż otwartego trzeciego oka, albo inaczej - czystego serca. Mój wizerunek człowieka ma duże stopy i dłonie. W takiej skali symbolizują one wysiłek, który umożliwia bycie wolnym. Jezus Chrystus wprowadza w wolność, ale ludzki wysiłek jest niezbędny, aby urzeczywistniała się ona we właściwych proporcjach.

Zaś w wierszu "Nocą" z ostatniego tomiku, znajduję taki zapis:

...

któregoś dnia zobaczyłam obraz
przedstawiał osobę
która przysłoniła twarz przebitymi dłońmi
i patrzyła przez rany
a w każdej ranie oko
a w każdym oku łza
w każdym krew
...
 

Tak, ona ma chyba w sobie owo „Trzecie oko” prowadzące do innych rzeczywistości z przestrzenią wyższej świadomości, głęboko osobistej duchowości.

       

(zdjęcia prac artystki z przesyłanych do mnie e-maili)

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz

Opublikowano 25-07-2014

Tajemnice płótna

To, co najważniejsze, jest niewidzialne dla oczu.
Antoine De Saint-Exupéry („Mały Książe”)
 

Te - wydawać by się mogło chłodne, jakby w kamieniu zamknięte obrazy Jadwigi Hajduk emanują jednocześnie niebywałym ładunkiem napięć, uczuć od których nie jesteśmy w stanie uciec, nawet, gdy podejrzewani jesteśmy o brak uczuć ...

Bo w istocie, nie ma czegoś takiego jak brak uczuć, są tylko mocno skrywane, powściągane, nieuświadamiane aż do jakiegoś momentu granicznego.

I ilekroć obcuję z takim czy innym dziełem sztuki, przyłapuję się na tym, że owszem, porusza mnie ono swoją określoną estetyką, ale tak naprawdę gra moimi uczuciami.

- Od razu odsłonię, że wejście do pracowni ogromnie mnie zaskoczyło, choć może nie powinno, gdyż płótna Jadwigi Hajduk są – mówiąc najprościej - precyzyjne i uporządkowane.

Zatem: pracownia nie ma w sobie nic z artystycznego szaleństwa. Jeden z domowych pokoi, tyle, że ze sztalugą. Do tego pokój rozbielony, nie tylko światłem zza białej firany na oknie, ale bielą ścian oraz wszystkich w nim sprzętów, ze starą komodą i wspomnianą sztalugą włącznie. Tak jak na obrazach – nie ma tu nieporządku.

Od razu też w korytarzu, przy schodach wiodących na piętro do pracowni, zahaczył mnie obraz („Multiplikacje”), pobrzmiewający dalekim echem greckich personifikacji wdzięku - Charyt z hellenistycznych rzeźb i malarstwa.

Obrazy artystki z Rzeszowa (stamtąd pochodzi, tam mieszka, tam pracuje) widziałam właściwie tylko przez moment pewnego mocno deszczowego dnia.

Podjechałam do Galerii Garbary 48 w Poznaniu, gdzie artystka przygotowywała właśnie wernisażową ekspozycję. Chwila miłej rozmowy, dociekanie techniki, inspiracji, ot grzecznościowe spotkanie. A jednak coś we mnie zapadło. Ich archetypiczna struktura odcisnęła się we mnie jak stempel.

Szukałam dalszego kontaktu. Pojechałam do pracowni.

         

W pracowni dostrzegłam płótno z wizerunkiem konia. Znowu przywołującego sztukę dawną, choćby figurki odkryte w grobowcu w Wu Wei w jednej z chińskich prowincji.

Przeglądam katalogi Jadwigi Hajduk, krążę po domu i coraz bardziej zatapiam się w dawnym ściennym malarstwie, któremu ona nadaje wymiar współczesności. Gdy patrzę na niektóre postacie z jej obrazów (np. cykl „Uczucia”), odnoszę wrażenie, że - jakby uwspółcześniała brązowe figurki wotywne (odsyłam choćby do zdjęć figurek z sanktuarium sakralnego Santisteban), przenosiła je do naszej epoki, nadawała im cechy człowieka XXI wieku. Odczuwam pokrewieństwo, zarysu, energii, przesłania ...

Przypomniałam sobie ostatnią z edycji wystaw, które przez dziesięć lat, do 2005 roku organizowałam w Poznaniu w międzynarodowym wymiarze pod hasłem „Paleta Erosa”. Tytuł ekspozycji zamykającej cykl brzmiał: „Obrzęd wtajemniczenia”.

W katalogu pisałam m.in. „[...] artystów wszystkich kultur, mimo nieuchwytności jako takiej owego uczucia, będącego przecież przejawem wyłącznie emocji, psychicznych uniesień i turbacji [...] uwodzi w szerokiej bardzo gamie odcieni uczucie miłości.

Od zarania dziejów szukają formy do opisu, zdefiniowania czy zademonstrowania, tego w co wprawił ich wyczyn Erosa. Zaciekawienie, zadziwienie, uniesienie, ekstaza, tragizm, nienawiść, unicestwienie – to, i znacznie więcej odnajdujemy w literaturze, muzyce, w filmie, teatrze, w plastyce wreszcie. [...] Krążymy, pragniemy dopełnienia, przyciągamy się wzajemnie, a że o wzajemność jednak bardzo trudno i nielicznym się ona zdarza, częściej mamy do czynienia z marzeniami, z pragnieniami, z pożądaniem rozpalającym zmysły lub – na drugim biegunie – z nagłą utratą, z odrzuceniem, z porzuceniem. Wtedy, gdy historię sztuki prześledzić, powstają dzieła najśmielsze, najbardziej przejmujące, niekiedy najdoskonalsze.”

Poznańska wystawa Jadwigi Hajduk opatrzona była tytułem „Podglądanie uczuć”. W folderze wystawie towarzyszącym malarka napisała: - Tematyka mojej twórczości od samego początku oscyluje wokół emocji i uczuć. Człowiek na obrazach jest wieczną zagadką. Przeżycia, doświadczenia, zarówno te dotyczące bliższych i dalszych przyjaciół, bez przerwy dostarczają kolejnych tematów. Ludzkie uczucia sprawiają, że chcę dotrzeć do tego fascynującego wnętrza, w którym się wszystko zaczyna.

No właśnie – obraz jako rejestrator emocji.

Artystka przeżywa, zauważa, snuje refleksje i zamyka to w obraz. Nie histeryczny, nie krzyczący. Płótna mają, jak wspomniałam, znamiona antyku, mają niekiedy ekspresje surrealistyczną („Zmierzch na plaży”, „Anioły Rocka”, „Kankan” i inne), niekiedy realistyczną („Lusterko”, „Mieszkasz na lądzie, wypoczywaj nad wodą”, „Plaża”), niemniej wszystkie charakteryzuje dystans (artystka nie tkwi całym swoim jestestwem o obrazie – jest obserwatorem) i intrygująca tajemnica. Posługuje się tzw. techniką własną, mieszaną, której istotny element stanowi faktura, która stanowi jakby woal płótna lub rysunek dający poczucie czasowych (w amplitudzie właśnie historii sztuki) warstw, patyny, spękania, rytu ...

Piszący o twórczości Piotr Rędziniak zauważał: „Ludzie na jej obrazach są ze sobą spleceni lub uwięzieni w kokonach, dziwnych pajęczynach, w których trudno odróżnić, co jest elementem ciała, a co jest, a co nicią, która jest przedstawieniem mentalnym relacji między nimi.”

Jest współczesna, jest na wyciągnięcie ręki i oddalona zarazem, jednak niedostępna.

To intryguje, zatrzymuje, zastanawia, jest siłą jej malarstwa.

Zadaję wiele pytań. Oczywiście o mistrzów, o inspiracje, o ową tajemnicę obrazu, o to, czy istnieje coś takiego jak jej twórcze motto, przesłanie?; jak przebiega zmaganie z płótnem, o tematy i płótna porzucone ...

No i zamieniam się w słuch:

- Dla mnie – podejmuje swoją narrację gospodyni tego miejsca w willowej części Rzeszowa - malarstwo zaczyna się od impresjonizmu. Owszem cenię artystów z poprzednich epok, ale bliżej mi do sztuki XX wieku. Kocham sztukę nowoczesną, w pewnych jednak granicach. Martwy rekin w formalinie to – kręci przecząco głową - nie moje klimaty ...

Inspiruje mnie wszystko, poczynając od przeżyć własnych, a kończąc, jak pisałam w katalogu, na cudzych.

Moją uwagę często zwraca jakaś fotografia, czy zestawienie kolorów we wnętrzu, które stają się nagle zaczynem projektu, szkicu. Przy czym przedmiotem mojego zainteresowania jest nie tylko treść, ale i forma. Lubię eksperymentować z technikami. Kocham faktury, pełne dekoracyjności, niekiedy niemal na granicy tego, co nazywamy dobrym smakiem. Staram się jednak tej granicy nie przekraczać.

Lubię kiedy obrazy zdobią, wprawiają w dobry nastrój. Od przygnębiających tematów, wolę zadumę, zatrzymanie się na chwilę i skupienie na, w moim odczuciu, istotnym dla danej osoby momencie. To czasem stanowi treść.

Problemy twórcze zaczynają się wówczas, gdy chcę namalować coś "czystego".

Raczej nie tworzę cykli. Zbyt często zmienia mi się pomysł na to, co chcę malować.

Obrazy się ze mnie "wylewają". Zaczynam jeden, a ten następny prowadzi mnie w zupełnie innym kierunku, choć pomysł powstał podczas pracy nad tym pierwszym.

Tajemnica obrazu? - to coś co dzieje się we mnie, a co ma szansę zaistnieć w formie obrazu. Trudno to zdefiniować. Czasem mam wrażenie że jestem przedłużeniem narzędzia malarskiego. Tak czuję się wtedy gdy z obrazu jestem zadowolona. Choć zdarza się, że zadowolenie przychodzi później, kiedy nabieram dystansu do stworzonego obrazu.

- A momenty - dociekam dalej – bez malowania?

- Kiedy nie maluję czuję jakbym się okradła. Kiedy tworzę czuję się " kompletna”.

Tak, niejeden już raz słyszałam, że SZTUKA jest właściwie jak kochanek czy kochanka, stąd kolejny literacki tu cytat jako puenta rozważań o tym malarstwie:

„Olśniony staję przed nieznajomą, w którą się zamieniasz

Nieznajomą podobną do ciebie podobną do wszystkiego

co kocham

I co ciągle jest nowe”

Paul Eluard („Zarządziliśmy noc” tłum. Krystyna Rodowska)

Jadwiga Hajduk (rocznik 1964) uprawia malarstwo, rysunek, grafikę. W latach 1985-1990 studiowała w Instytucie Wychowania Artystycznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Mariana Stelmasiaka obroniła w 1990 roku. Przed tym uczęszczała do Liceum Plastycznego w Rzeszowie. Nie zawsze korekty dotyczyły samego obrazu. Starała się jednak by nie zalegały w niej urazy, niechęci, co nie znaczy, że i one jej nie kształtowały. Otworzyły w artystce, rozszerzyły pokłady receptywności, empatii, uwrażliwiły na subtelności wszelkich między ludźmi relacji.

      

(zdjęcia autorki i przekazane przez Galerię Garbary 48;cytaty literackie pochodzą z mojego tekstu w kataloguX – ostatniej w 2005 roku edycji cyklu wystaw PALETA EROSA,wystawy zatytułowanej „OBRZĘD WTAJEMNICZENIA”)

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz

Opublikowano 22-04-2014

Ż y w i o ł

Maluje w zasadzie tak jak żyje – spontanicznie, co nie znaczy, że bez refleksji, bez przenikliwego oglądu sytuacji, osoby, zdarzenia; bez świadomości tego, do czego przystępuje. 

Zachłanna na różnorakie działania i doznania, bezpośrednia w kontaktach. Jest w niej coś z ptaka przysiadającego i nagle wznoszącego się by poszybować w inne miejsce. Jest w niej takie ptasie rozdygotane serce, ponieważ uczucia przyjmuje całą sobą, bezwarunkowo. Ale jest w niej też siła samoświadomości i konkretność postanowień, mimo że sprawia zgoła inne wrażenie.

Wybucha gwałtownym śmiechem, za chwilę formułuje poważne refleksje z daleko rozgałęzionymi odniesieniami. Ma też duży w wielu kwestiach dystans, poczucie humoru, albo inaczej mówiąc  - dobrze pojęty duży luz. 

Piszę to wszystko o Laurze Wasilewskiej, czyli artystycznie Laurze La Wasilewskiej. Laurze La (w dodanym „La” konkretyzuje się - m.in. – ów  wspomniany przeze mnie dystans, poczucie humoru, luz !) Wasilewskiej. Chociaż jej z 2006 roku niewielka akwaforta zatytułowana „La la lala ma” może być tu tropem głęboko psychologicznym. W prawej części pracy, jakby wychodzącą z niej, znajdujemy dziewczynkę trzymającą w rękach, tuloną do siebie … , ba – proszę poszukać tej pracy.

Swoją dynamicznością może mnie nieco przytłacza, ale już malarskimi pracami po prostu uwodzi. 

Kiedy odwiedziłam ją jakiegoś koszmarnego zimowego dnia (mróz, wietrzysko, autobusowe przesiadki) na warszawskim dalekim Bemowie, po miotaniu się wśród anonimowych blokowisk, w małym jej wynajętym mieszkaniu-pracowni znalazłam się w otoczeniu osób, z którymi chciałabym obcować, pogadać z nimi.

  

Laura La Wasilewska wystawiała kolejne płótna, rozwijała papiery, a myślałam jak ona doskonale i zdecydowanie prowadzi każdą kreskę, jak zdecydowanie komponuje  przestrzeń obrazu, jak wyrywa ze swoich modeli ich sekret bycia.

Nie ma w jej pracach wizerunkowej sztampy. Każdy ma własną osobowość, koloryt, treść. Też format. Rekwizyty.

Owszem, można powiedzieć, że to oczywiste, jednak jest w tych pracach coś ponad warsztatową oczywistość.

Porusza mnie młodzian siedzący na brzegu łóżka. Emanuje z niego bolesny wewnętrzny dramat.

Laura La Wasilewska dostrzegła to. W jakimś sensie otuliła go swoim obrazem.

Ujmuje mnie portret mężczyzny z pieskiem. Ile w nim samotności a jednocześnie symbiozy z ukochanym stworzeniem ... Lubię niemłodą parę. Nie widzę jej twarzy, ale widzę twarz jego uważnego na nią, ciepłego, spełnionego, oddanego.

Uwielbiam wręcz obraz z plaży, dziewczynę leżącą z tak niebywałą rozkoszą na nadmorskim piasku. 

Rozczula mnie uśmiechnięta szeroko dziewczynka w białej sukience.

Intryguje obraz mężczyzn z papierosami zafrasowanych w milczeniu u parapetu okna.

Intrygują, kreowane po „stwrowieysku” (ale nie „ starowieyskie” !), bezpardonowe akty.

Jakkolwiek w twórczości jej znajdziemy martwe natury oraz pejzaże – chociażby te: „Białe kwiaty”, „Drzewostan”, „Zielona wyspa”, czy świetnie rozmalowana „Zima”, portret dominuje w malarstwie Laury La Wasilewskiej. Był on też przedmiotem obronionej  przez nią z  wyróżnieniem pracy dyplomowej.

O swoich portretach, o portretowaniu Wasilewska w jednym z wywiadów mówiła:

- Moja praca dyplomowa była serią portretów oscylujących wokół modela obecnego na Akademii. […] po studiach realizuję jednak portrety osób, które znam.

Kiedyś Leonardo da Vinci powiedział, że "tworzy swoje autoportrety poprzez portrety innych". Ja również tworzę siebie poprzez innych.

Indagowana o charakter, osobowość portretowanego, odpowiadała:

- Jest to dla mnie ważne, ale nie wybieram w ten sposób, że szukam osób ciekawych świata, artystów, czy jeszcze innych... Szukam naturalnych cech w każdym. Każdego dnia wyglądamy inaczej ...

Poproszona o sklasyfikowanie własnej twórczości deklarowała:

- Nazwałam ją  realizmem ekspresyjnym. Realizm dlatego, że odnoszę się właśnie do rzeczywistości, a ekspresyjny, ponieważ działam pod wpływem emocji. Mówię też o pewnym warsztacie. Dla mnie charakterystyczny jest detal, który osadza portretowaną osobę w określonych realiach, dopełnia ją. Jeśli na obrazie pojawia się szczegół to dopowiadamy sobie do portretu historię. Staram się, żeby portrety, które tworzę były lekkie w odbiorze, ale nie zawsze takie są.

Obrazy Laury nie emanują frustracją, niezgodą, eksperymentem ... Emanują czułością, przyjaznym uczuciem. W trybach obecnych dominant, bezwzględnych, zdawkowych, egoistycznych, egocentrycznych kontaktów, emanują wytracanym coraz bardziej uczuciem – uczuciem miłości do drugiego człowieka.

Jest przy tym Laura La Wasilewska – podkreślam to raz jeszcze –  niebywale sprawna warsztatowo,  pewna (jeżeli nawet gdzieś w głębi  nie pozbawiona wahań, pytań) siebie.   

Wglądam w notę biograficzną malarki (strona internetowa Galerii w Fortach Sokolnickiego w Warszawie) malarki i kolejny raz ogarnia mnie zdumienie. Niedługa przecież biografia, a jak zagęszczona!   

- Laura La Wasilewska (1986 r.) Absolwentka Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie. W 2010 roku obroniła dyplom na Wydziale Malarstwa w pracowni - prof. Antoniego Fałata, aneks z rysunku u prof. Barbary Szubińskiej. Praca magisterska pod kierunkiem dr Izabeli Galickiej. Studiowała również pod kierunkiem prof. Franciszka Starowieyskiego i prof. Wiktora Zina.

(I to daje się zauważyć – wzięła z tak różnorodnych przecież  mistrzów wiele. Teraz filtruje fascynację nimi przez swoją osobowość, swoje doświadczenie, współczesne media – wtręt GB).   

Prace artystki znajdują się w zbiorach prywatnych w Polsce i zagranicą m.in. Austrii, Anglii, Francji, Japonii, Stanach Zjednoczonych, etc. Stałe ekspozycje jej prac można zobaczyć w Galerii „Zadra” w Warszawie oraz w Ministerstwie Sportu i Turystyki.

Artystka ma już na swoim koncie kilkanaście indywidualnych oraz kilkadziesiąt wystaw zbiorowych w kraju i zagranicą. W sierpniu 2012 roku wygrała trzytygodniowy pobyt na międzynarodowym plenerze malarskim w Dreźnie (Palais Sommer). Z pośród polskich artystów, których dzieła wzięły udział w Charytatywnej Aukcji Dzieł Sztuki na rzecz Fundacji Maestro (Wielki Balu Forbesa 2013) praca jej autorstwa osiągnęła drugi najwyższy wynik. Kuratorka wystaw, współzałożycielka interdyscyplinarnej grupy (razem z Edyta Dzierż) Młodzi Sztuką | Young at Art przy OW ZPAP oraz współorganizatorka wielu wydarzeń artystycznych m.in. Art Art Fresh Festival -Targów Sztuki odbywających się corocznie od 2010r w Hotelu Sheraton, w Warszawie.

Pracuje w duecie kuratorskim (L&A CURATORS Zakochaj się w sztuce | Fall in love with art ) z Agą Pietrzykowską - , z którą wspólnie zrealizowały m. in. następujące projekty i wystawy:

„Zakochaj się w sztuce | Fall in love with art.”; ( Centrum Sztuki FORT Sokolnickiego w Warszawie, luty - kwiecień 2013) - "Kontrapunkt | Młodzi Sztuką" (Galeria Elektor, Warszawa, maj - czerwiec 2013).
Nagradzana i doceniana nie tylko przez krytyków i środowisko artystyczne, ale i przez media - wywiady z artystką i jej prace wielokrotnie prezentowane są od lat w różnych stacjach telewizyjnych, na łamach prasy oraz na portalach internetowych. Jest zapraszana do różnych programów telewizyjnych i radiowych, recenzuje publikacje artystyczne, opowiada o sztuce i o rynku sztuki.


Najbardziej porusza mnie jej „PROJEKT + 20  PROJEKT + 20  + FOTOGRAFIA”, w którym Laura La Wasilewska  odwiedza zepchniętych przez upływ czasu i zmianę realiów  w Polsce „solidarnościowej” artystów leciwych, zamkniętych we własnym, często już mocno osamotnionym świecie. Dokumentuje ich (m.in. Krystyny Wojtyna-Drouet, Danuty Paprowicz-Michno, Piotra Komincza) twórczość, ich życie, przywraca ich często dla samych siebie, ale  - co cenne i dla dokumentu rzeczywistości – dla historii naszej sztuki.

Kiedy napisałam do niej e-mail z prośbą o pracę na aukcję na rzecz dzieci z chorobami nowotworowymi ze szpitala przy ul Szpitalnej w Poznaniu – odpowiedziała, jak to ona, od razu, spontanicznie. Bez stawiania warunków, dociekania procentów ect. Kilka dni później otrzymałam obraz Laury i jej wspólniczki w wielu artystycznych akcjach Agi Pietrzykowskiej.

Z cytowanej we fragmencie noty biograficznej dowiaduję się, że moja prośba nie była odosobniona, że pochylenie nad sprawami trudnymi, bolesnymi jest także naturalnym Laury La Wasilewskiej odruchem.

Jeszcze jeden więc cytat z wypowiedzi malarki i animatora kultury (dla Marty Kustek z nowojorskiego portalu DobraPolskaSzkoła.com):

- […] zdecydowanie można, wręcz trzeba zakochać się w sztuce! Sztuka dla wielu osób współcześnie jest alternatywną religią. Środkiem do poznania siebie i odkrywania innych. Uważam, że sztuka i erotyka są tymi obszarami, w których mamy szanse poznać siebie. Dotknąć „naszej” własnej intymności. Czy przekroczymy granice zależy od nas, choć jak mawiał Goethe „nakreślanie granic jest ich przekraczaniem”.

Tak stan zakochania może na nowo przewartościować nasze priorytety i potrzeby w życiu.

Gdy wchodzi w trans działań, przepada, nie odpowiada na e-maile, inne wezwania. Potem nagle pojawia się sygnał, z Hiszpanii, z NY, czy znad Bałtyku ... 

Bo - jest w Laurze La Wasilewskiej nieokiełznany wydawać by się mogło żywioł, impet.

Z tym, że siłę napędową tegoż impetu stanowią:  nieobojętność, zaciekawienie, pasja, pracowitość i talent.

Rzadkie nagromadzenie przymiotów.

Ciekawa niezmiernie jestem jej dalszej drogi.

     

(zdjęcia autorki i archiwum malarki)

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz

Opublikowano 27-12-2013

Amfilada do Nike

Zdania były podzielone; czy był to zły, czy, przeciwnie, dobry
znak. W każdym razie był to punkt wyjścia do czegoś nowego,
niejasnego.
                                                    Zbigniew Herbert „Próba rozwiązania mitologii”
Tylko ty jesteś. Ty, moje nieszczęście
I moje szczęście, niewyczerpane i czyste.
                                                    Jorge Luis Borges „Zakochany”

Czekanie na coś, co dopiero ma nastąpić, ludzie wyrwani z kontekstu, puste wnętrza, zawieszenie ... Takie odczucia towarzyszyły mi gdy przed laty, gdy Jerzy był jeszcze w Poznaniu, obcowałam z jego obrazami. Na wystawach, w jego pracowni.(*)

Nie pamiętam mieszkania obok Teatru Nowego przy ul. Rosevelta. Pamiętam okna na ostatnim piętrze Osiedla Sobieskiego, z widokiem na – wydawało się, zwłaszcza po zmroku - rozległe, odległe miasto, jednocześnie widokiem na niepoliczalne okna wokół, intrygujące światłem, półcieniami, czy mrokiem za ich zasłoną, z zastanawiającymi sylwetkami ludzi ...Kłębiło się nas wtedy u Jurka wiele osób. Artyści, krytycy, galernicy. A potem nagle to wszystko się urwało. Jerzy zniknął z pejzażu tego miasta. Nie miałam z nim kontaktu. Czasami któryś z kolegów mówił coś o jego wyprawie do Australii. Ale tyle się wtedy działo.

Gdy patrzę na tamte lata ze sporej już perspektywy, sama czasami myślę - jak to wszystko było możliwe? Historia nagle przyśpieszyła. Nagle, no może nie tak nagle, ale na przestrzeni lat 1981-1989 minionego stulecia wszystko tu, w Polsce przeobraziło się. Nie bez ofiar, nie bez pokiereszowanych życiorysów. Od braku papieru toaletowego przeszliśmy do formacji barwnych i wzorzystych rolek, od nierzadko niemożliwości uzyskania paszportu, po rzeczywistość z tym dokumentem w szufladzie, od  spotkań, gorących dyskursów, przekonania, że trzeba coś zmienić i działań zmieniających tę zgrzebną, zatrzaśniętą  strefę naszego bytu (Jurek pisze mi teraz w e-malilu: „Czytaliśmy wtedy Borhesa i Herberta”.), po  brak, zupełny brak czasu na cokolwiek, po gonitwę za - najczęściej nowym modelem kolejnego potrzebnego lub niepotrzebnego gadżetu; po milczące spotkania wtedy, gdy już kogoś żegnamy!

Dlaczego o tym piszę?

Dlatego, że odnalezienie się wirtualne (fb, e-mail) z Jurkiem po latach przywróciło mi także jego obrazy.

A zapamiętałam głównie „Ławeczkę” oraz ogólnie sterylność, geometryczność i  nie zagospodarowaną przestrzenność pozostałych obrazów,  jakby miejsca „po kimś”, czy „dla kogoś”. Najczęściej z nutą, linią czerwieni. Nie jaskrawej, ale dającej sygnał, takiej arc line, pozostającej w głowie, pod skórą.

Krytycy pisali: „Malarski zapis chwili.”, „Codzienność nobilitowana ...”.

Zostały mi też w głowie mroczne grafiki Jurka, o które teraz dopiero go dopytuję. 

Jednocześnie mam  na swojej półce tom „POLONIA, Słownik biograficzny”. Autorami są Agata i Zbigniew Judccy, a edytorem nieistniejące już, znakomite Wydawnictwo Naukowe PWN, rok 2000.

Tu czytam:

Michalski Jerzy Wacław. Artysta plastyk, ur. 28 września 1949 w Gorzowie Wielkopolskim [...] Studia artystyczne w Akademii Sztuk Pięknych (obecnie Uniwersytet Artystyczny – dop. GB) w Poznaniu 1973-77. Asystent 1977-85, adiunkt 1985-91, profesor 1991-92 Katedry Rysunku tejże ASP.
I dalej - wyraźny już przeskok do działań po wyjeździe: [...] współzałożyciel galerii sztuki (Swing Bridge Art Gallery) i pracowni artystycznej w Dunalley (Tasmania) 1992- ; właściciel i dyrektor prywatnej szkoły plastycznej w Dunlley 1992 -. Uprawia malarstwo, grafikę, rysunek. Uczestnik wystaw zbiorowych, m. in. w Australii, Austrii, Bułgarii, Belgii, Francji, Polsce, Niemczech i na Węgrzech. Wystawy indywidualne ...

Lista ich jest bardzo długa, najróżniejsze miejsca w Polsce i w świecie. Piszę więc do Jurka e-mail z pytaniem, które z jego wystaw były dla niego szczególnie ważne, przełomowe?

- Każda ostatnia wystawa jest dla mnie ważna - pisze w odpowiedzi. - A przełomowe? Chyba każda z wystaw w Canberze. Moja tam galeria należy do najlepszych galerii w Australii. Tu w Hobart natomiast - przełomową była moja wystawa w Despard Gallery “The City” w 1998 roku. Wszystkie obrazy sprzedane na otwarciu, połowa do niemieckiej kolekcji jeszcze przed otwarciem. Po tej wystawie zacząłem sprzedawać praktycznie wszystko, tzn. w tej chwili żyję tylko z malowania ...

Co do wernisaży - bo o to też pytałam, pytałam jak je przeżywa ? - to jest to co daje mi pewnego rodzaju ''trill'' , szczególnie wtedy, kiedy wystawa jest w mojej własnej ocenie dobra i  kiedy mogę dyskutować, omawiać każdy obraz z widzami, co czasami jest dosyć zabawnym doświadczeniem ....

W przytoczonym powyżej „Słowniku biograficznym” hasłu poświęconemu Jurkowi towarzyszą dwie ilustracje, reprodukcje jego obrazów „Ulica” (1998) i, z tego samego roku, „Chłód”.

Patrzę w nie i patrzę. W obu uderza wręcz nieznośna perfekcja, są niczym nienagannie skrojony garnitur, w którym można tylko stać, by nic, co może go zdefasonować się nie zagniotło! Stać i nie oddychać, w żaden sposób nie naruszać żadnego z tych miejsc, które jest obojętne wobec obecności tu człowieka. Czy jest z tej egzystencjalnej pułapki jakieś wyjście? Jest - na jednym amfiladowe przejście bijące jasnością, na drugim bezludne schody wiodące w górę, na wysokość obustronnej ciężkiej historią zabudowy oraz spadzista, ulica pomiędzy  załomem budynku obejmującego schody a okalającym ten kwartał murem. W tle zarówno podejścia jak  zejścia (samotna wpisana w tę przestrzeń postać nie prowokuje żadnego kierunku), też rozjaśnienia. Jakiś sygnał ? Znak. Impuls, żeby ruszyć się z miejsca, w którym nie ma życia ? ...    

Wiem, że z omówień krytycznych Jerzy ceni sobie bardzo uwagi zmarłego w 1995 roku, poznańskiego kolekcjonera, krytyka sztuki i poety, wieloletniego dyrektora Galerii Miejskiej Arsenał w Poznaniu i założyciela Galerii R - Mariusza Rosiaka,, uważa je za najbardziej trafne w odniesieniu do tego co malował jeszcze w Polsce, co kontynuował potem w Australii, ale już z postaciami w tych jego wyimaginowanych wnętrzach, w otwartych przestrzeniach , na ulicach, placach, w pejzażu.

Mariusz Rosiak pisał:

„Jerzy Michalski należy do pokolenia, którego świadomość artystyczna kształtowała się na styku doświadczeń nowej figuracji i hiperrealizmu. Te dwie lekcje przyswoił sobie jeszcze w okresie studiów zanim odnalazł swoją własną formułę obrazu.
Punktem wyjścia było wnętrze. Nie ważne czy konkretne czy wyimaginowane. Pociągała go architektura, poetyka i tajemnica wnętrza o nie do końca określonej topografii. Niekiedy tylko pojawiał się człowiek, jakiś dominujący kolor czy niespodziewany rekwizyt, co wnosiło element symboliczny.
Płótna Michalskiego emanowały zatem dyskretną aluzją, niepokojem, czymś, o czym się wie, co wisi w powietrzu, ale co otacza milczenie ... W ostatnich obrazach z coraz większą dbałością o architekturę obrazu i kolor, pozwala się prowadzić aurze fascynujących go wnętrz - tajemniczych, posępnych, agresywnych, albo wręcz odwrotnie - pełnych spokoju, blichtru i urody.
[...] wnętrza stają się pejzażem, którego topografia jest nie do końca określona, podobnie jak przeznaczenie czy cel, któremu to wnętrze ma służyć.
I, to co może najważniejsze, wnętrza te - sterylne, jasne, jakby nasłonecznione albo ciemne i ponure - potęgują swoim klimatem nieobecność człowieka. Są albo jego wspomnieniem albo jego oczekiwaniem.
I to jest bardzo egzystencjonalne przesłanie tego malarstwa; z obrazu na obraz narasta poczucie nieobecności tych, których w tych wnętrzach chcielibyśmy spotkać ... ”
Trafne. Widzę i czuję to wszystko w całej serii również najnowszych obrazów Jurka. W „Time 2”, „Morning Pace”, w „Night” i w „Entry Sketch”, w “Silent City”.

Najmocniej, dla mnie, w „Time 2”. Znowu ławeczka. Tyle, że tamta, jeszcze polska, jest siermiężnym znakiem peerelowskiego czasu. Puste miejsce. Plus, nad nią, mapa Europy. Ławeczka „Time 2” usytuowana tyłem do nas oglądających obraz może pochodzić z najróżniejszych, industrialnych miejsc świata, z peronu jakiegoś dworca, metra, z przystanku tramwaju w tunelu. Barwne pleksi, albo kafelki, lub inny jeszcze z nowych technologii pochodzący materiał ten przystanek obudowujący. Tamta „Ławeczka” (1980) była bez wątpienia początkiem drogi. Ta w „rajskim” anturażu? - no właśnie ... Nie wiemy czy to jest dzień, czy noc. Nie wiemy dokąd zmierza siedzący na niej człowiek. Jest zmęczony, spóźniony, zrezygnowany, czy raczej zdeterminowany, wie dlaczego tu jest i dokąd udaje się teraz?  Każdy musi sam sobie sam odpowiedzieć na jakim etapie podróży jest ów człowiek z obrazu, przefiltrować to przez własne doświadczenie, emocje, empatię. On nie da nam żadnego znaku. Widzimy tylko tył jego głowy ..., czyli - charakterystyczny dla Jurka element metafory i tajemnicy, dostrzegany przez krytykę również w Australii. Właśnie ukazuje się tam  książka o sztuce na Tasmanii, Michaela Denholma, znanego krytyka i pisarza. Najobszerniejszy w niej rozdział traktuje o twórczości Jerzego Michalskiego.

Powracam jeszcze do moich z Jerzym e-mailowych korespondencji, w których dociekałam inspiracji jego grafik, z tej samej wystawy, na której była „Ławeczka”. Intrygował mnie w nich widok kamer filmowych (podobnie jak obrazach pt. „Kamera”). - Okazuje się, że to nie tylko odniesienie do mediów, do rejestracji reporterskich. Jurek marzył o jeszcze jednych studiach.

Film jest jego pasją do dzisiaj. Tyle, że jako namiętnego widza. Co odnosząc do obrazu malarskiego, jest w dużym stopniu przełożeniem na niego, bo jest po prostu umiejętnością kadrowania, zamykania w tym kadrze fabuły, perspektywy, drugiego, trzeciego planu, tła, drobiazgów pozornie nie istotnych, przede   wszystkim jednak światła, zarówno w obrazie malarskim jak i filmowym nie bez znaczenia. Jerzy Michalski operuje tym wszystkim z niebywałą perfekcją.

Posłałam mu zdjęcie obrazu jednego z artystów, obrazu na pierwszy rzut oka sprawiającego wrażenie powinowactwa z malarstwem Jerzego ... Odniósł się do niego zdecydowanie pedagogicznie, jakby został wezwany do korekty: „Obraz ciekawy, ale ma tyle błędów w perspektywie. Kolor jest bardzo dobry.”

A tamte grafiki - pisał dalej - to moja własna technika, rodzaj monotypii, forma gazety, szpalty z demonstracjami, z tekstem - rodzajem komentarza do tego, co się wtedy działo (w Polsce stan wojenny dop. GB). Słowa hasła, jak: My, Wy, Oni, Over, itd ... Mocno polityczne prace.

W tym samym e-mailu wyjaśnia mi „kamery” w swoich pracach z lat polskich.

- To było na moim dyplomie. Wtedy myślałem aby studiować dalej, w szkole filmowej. Pierwsze podejście miałem nieudane, w 1977 roku, a po dyplomie dostałem pracę na uczelni i moje  marzenie odleciało ... Pytasz też o fotografię - kontynuował. Dla  mnie to tylko ''narzędzie'', tzn. kolekcjonowanie i selekcja, czasami jest to montaż z rożnych fotografii, finalnie jednak nie ma  nic wspólnego z realnym malowaniem, raczej polegam na instynkcie ... Fotografia bywa pomocna do pewnego rodzaju rekonstruowania przeszłości, w malowaniu czegoś co kiedyś przeżyłem, chociaż - to często znajduję w filmach. Film pozostał moją pasją, również dokumentalny, biograficzny, i muzyka - szczególnie jazz. Oczywiście książki. Mam dużą kolekcję biografii artystów, wiele książek oraz albumów o sztuce również  tzw. duplikatów po angielsku - moich ulubionych autorów z ''polskich czasów''. Hašek, Herbert, Borges, Bułchakow, Tarkowski, inni.

I tu mamy chyba klucz do jego obrazów, z pozoru tylko hopperowskich. On naładowany jest innym doświadczeniem, inną wrażliwością, bo wpisaną ochronny, metaforyczny, niekiedy ironiczny dystans.

Mariusz Rosiak pisał o jego świadomości kształtującej się pod wpływem nowej figuracji i  hiperrelizmu. Tak, tylko Jerzy Michalski został wyposażony także w obszary literatury nie wyłącznie frapująco opisującej, ale stawiającej pytania, dociekającej, tworzącej kody (vide moje cytaty - jako wprowadzenie do tego tekstu, jako jego motto), odrębnej np. Edwardowi Hopperowi rzeczywistości. Jerzy mówi mi więc: Hopper?, bardzo cienię jego malarstwo, to co malował jest mi bardzo bliskie, moje obrazy technicznie są bardzo jednak inne, tematy owszem, w wielu wypadkach wspólne. Jednakże moje malarstwo należy lokować  w tzw. Realizmie Magicznym, czyli - wszystkie elementy obrazu, technika malowania są użyte dla ''przesłania'', czy  dla tematu obrazu. Nie ma to nic wspólnego z ''realistycznym malowaniem'', jak w hiperrealizmie.

By wyraźniej unaocznić te różnice przytoczę encyklopedyczną definicję Realizmu Magicznego. - To tendencja estetyczna, ukształtowana początkowo w Niemczech, w latach 20. XX wieku, w sztukach plastycznych, wtórnie zaadaptowany na grunt literacki. Historycznie stanowił reakcję na ekspresjonizm, bliski jest także Neue Sachlichkeit (Nowy Obiektywizm, Nowa Rzeczowość). W swoich założeniach ta odmiana realizmu zrezygnowała z osadzenia stricte w rzeczywistości, jak również z całej estetyki mimetycznej. Głównym czynnikiem wyróżniającym nurt było odwoływanie się do wyobraźni, operowaniu tym, co dziwne, niezwykłe, zaskakujące, nawiązywaniu do legend i mitów oraz lokalnych tradycji.

    

Ale że jest też w malarstwie Jerzego Michalskiego jakieś nieprawdopodobne zapamiętanie - nie tylko dlatego, że maluje nawet 40 obrazów rocznie, dlatego, że (takie mam odczucia) on nie wychodzi z tych obrazów, ma jakiś wewnętrzny imperatyw tworzenia - dociekam rzeczy pierwszych, tego co kumuluje się w nas w najwcześniejszych latach życia, a potem mniej czy bardziej świadomie w nas odciska, jest punktem odniesienia do wszystkiego, do tego co i jak robimy. 

Wiesz - wspomina - wychowałem się w domu, który był w dużym stopniu kreatywny. Ojciec był zawodowym fotografem. Sporo też rysował. Tu zabawny zapamiętany przeze mnie wyraźnie  moment: mieliśmy z nim grę, kto lepiej narysuje wybrany temat i - wygrałem ten „konkurs”. Rysunki oceniała Mama. Rysowaliśmy konie. Ja narysowałem konia w galopie, z postacią. Ojciec - to ocena Mamy - narysował osła ...

Zawsze rysowałem. Od małego. Ale malować zacząłem w szkole. To co z tamtego czasu, nauki w  Technikum Leśnym są moje pierwsze obrazy. Byłem w internacie i miałem wiele czasu na sztukę, na portrety kolegów i pierwsze pejzaże. Potem spotkałem (to już w Gorzowie) - Jana Korcza, malarza o niesamowitym talencie do nauczania. Zorganizowaliśmy grupę malarzy amatorów i malowaliśmy razem w każdej wolnej chwili. Ja już wtedy pracowałem. Jeździliśmy na plenery, a w zimie malowaliśmy w wynajętej pracowni. Korcz praktycznie otworzył nam oczy na to,  jak należy interpretować naturę, postrzegać kolor, światło, formę. Często cytował nam pewną zabawną anegdotę. Otóż: Malarz maluje pejzaż na polu, i maluje ten pejzaż bardzo dokładnie, każdy liść każdy kamyczek itd. Chłop który pracował na tym polu podchodzi i obserwuje go przez jakiś czas, wreszcie dotyka jego ramienia i mówi: Panie dlaczego pan to maluje, jak to tam już jest? ... No właśnie - w tym zawiera się cały sens malarstwa!

      

Jerzy, sądzę, ma w sobie coś z psychologa, terapeuty. Przede wszystkim wobec samego siebie. Jego obrazy są misternie wypracowane i z pozoru chłodne, czyste, obojętne. W gruncie rzeczy są nasycone, nawarstwione znaczeniami, emocjami, pytaniami o sens, o to dokąd, którędy i czy w ogóle dokądś?...  Przy jednoczesnej bijącej z nich pewności: Wiem gdzie jestem, co i dlaczego robię. Bo świat jest w gruncie rzeczy wielką pustką zbyt wielu ludzi zatrzaśniętych w swoich marzeniach, których nigdy nie zrealizują ze strachu, że stracą to, czego nie mają. Jakże wyraźne jest to zwłaszcza w portretach Jurka. Każda z jego postaci intryguje mnie, czymś w nich „zawieszonym”.

      

Jerzy też był przez lata dla mnie kimś w czasie, w przestrzeni zawieszonym. Usiłuję teraz dociec jego wyborów, statusu, jego samoświadomości, dążeń. Nękam go pytaniami. Na szczęście odpowiada:

- W Australii jestem jak wiesz od lutego 1992 roku. Dlaczego? Praktycznie do dzisiaj tego nie wiem. Raczej przypadek i osobista sytuacja ..., to że na uczelni nie byłem traktowany poważnie, zrobiłem docenturę i ciągle nie miałem własnej pracowni ...

Fakt, że jestem tutaj nazywam przeznaczeniem. Mogę malować bez żadnych ograniczeń, czy presji. Ten wyjazd dał mi spełnienie. Tak, zdecydowanie jest to moje miejsce. Mam oczywiście kilka projektów modernizacji. Będę budował osobną pracownię graficzną, pielęgnuję tu wokoło las (pół hektara). W przyszłości będę budował jeszcze osobny dom, bardziej wygodny i nowoczesny. Tak, praca, praca. To to, co daje mi osobistą satysfakcję, równowagę w moim życiu.

Wracam jednak do obrazów. Nurtuje mnie, wspomniana na początku moich rozważań, pojawiająca się w nich szczególnie często, z różną dynamiką, specyficznie traktowana, czerwień. Takie mam odczucia. - Gdy dostaję odpowiedź  Jurka w kwestii ulubionego obrazu, obrazu, który rzeczywiście w nim zapadł, jest dla niego ważny, czuję się jakbym dotknęła kodu.

Tym obrazem jest  Diego Velázqeza ''Czerwony Papież - Innocent X '' z Galerii Doria Pamphilj w Rzymie.

Niesamowity obraz - czytam w e-mailu. To mała galeria. Portret znajduje się w osobnej sali. Wchodzisz i - ten Papież tam po prostu siedzi ..., i świeci ... kolor, emanuje  psychiczna obecność, i te oczy ...

Przeglądam raz jeszcze dostępne mi obrazy Jerzego. Od „Ławeczki” po szczególnie mnie zahaczającą - „Nike”, gdzie czerwień staje jaskrawą dominantą. Pozorną. Puste muzealne sale o właśnie czerwonych ścianach. Amfiladowe przejścia obramowane bielą. W głębi - biała rzeźba. Nike.

Czyżby to był malarski manifest Jerzego Michalskiego?

     

(*) Tekst tego artykułu opublikowany został w gorzowskim magazynie  „LAMUS" (nr 2/12), który okazał się pismem ... czarno-białym. Dla malarstwa tak znakomicie operującego tonacjami barw to klęska. Przywracam więc tutaj obrazom Jerzego Michalskiego kolor.

Od Redakcji: Obrazy Jerzego Michalskiego są też w naszej KOLEKCJI 

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Banaszkiewicz