PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Opublikowano 11-06-2013

Artyści z Kolekcji   ( K O L E K C J A )

(6)  Artur Przebindowski – wejście do miasta

          Pisanie tekstów o Kolekcji Artystycznych Stron zaczęłam od krótkich rozważań nad dziełami Artura Przebindowskiego i choć zostało jeszcze mnóstwo artystów, przy pracach których chciałabym się zatrzymać, muszę powrócić do początku, by uzupełnić to, co – nazwijmy to – z przyczyn technicznych zostało przeze mnie pominięte.

          Czwartkowy wieczór 6 czerwca 2013 roku spędziłam w rzeszowskim BWA, na wernisażu wystawy Artura Przebindowskiego „Megalopolis. Nowe obrazy”. Stanęłam oko w oko z płótnami, które wcześniej mogłam oglądać jedynie na reprodukcjach. Jak się szybko okazało ekran monitora zbyt ograniczył moje spostrzeżenia, a ja nie sądziłam, że tak szybko będzie mi dane przyjrzeć się dziełom z bliska i dostrzec to, czego wcześniej mogłam się jedynie domyślać.

          Weszłam do galerii, zagłębiając się coraz bardziej w świat obrazów. Wciągały mnie. Patrzyłam na niekończące się układy miast, które już wcześniej mnie zachwyciły, prowokując myśli o abstrakcji czy malarstwie gestu, lecz dopiero, gdy przed nimi stanęłam, ich format i bliskość sprawiały, że odczułam zupełny obłęd. Zerkałam na dachy, przylegające do siebie geometryczne budynki, układy, konstrukcje, które zapadały się, to znów piętrzyły, niczym pudełka, tworząc klaustrofobiczny pejzaż miejski. Z każdym moim krokiem układ nagromadzonych budynków rozchodził się, ukazując mym oczom nieskończoną ilość kresek, plamek, kwadracików, którym wcześniej nie mogłam się przyjrzeć. Moje skojarzenie z abstrakcją nabrało mocniejszego sensu, a precyzyjnie wyrysowane domy wcale nie zanegowały ekspresji, ponieważ mnogość nachlapanych czy napryskanych plam, które mieniły się całą paletą barw, jak najbardziej świadczyły o sile gestu. Budynki pokryte były warstwą zacieków, rozpryskanych kropek, warstwą, która wprowadziła do obrazu niezwykłą wartość. Jakiś szum. Emocje samego artysty. To nie były domy kopiowane na chłodno, ale miasta pełne indywidualnych cech. Wtedy także zauważyłam, że większość obrazów podzielona jest na kawałki, wyraźna siatka oddzielała jeden fragment od drugiego, tworząc pewnego rodzaju układankę, której każda część mogłaby być osobnym obrazem. Kadrem zapamiętanego miejsca. Pejzażem zachowanym w pamięci. Widokiem z podróży, który w połączeniu z innymi zakątkami, tworzy jedno wielkie skupisko miejskie. Megalopolis. Co by się stało, gdyby owe puzzle zostały poprzestawiane? A może właśnie owa siatka to chęć uporządkowania, znalezienia ładu i sensu w chaosie, to budowa szkieletu, który choć odrobinę utrzyma w ryzach szaleństwo. Poskromi je.

          Miasta w obrazach zdają się nie mieć końca, być skupiskiem ludzkim, w którym brakuje przestrzeni. Rozrastające się budynki wychodzą wręcz poza ramy obrazu, jak gdyby człowiek nie był w stanie ogarnąć ich wszystkich wzrokiem. Jednak niektóre kompozycje kadruje „rama” – wyciszony obszar płaskiej plamy na brzegach płótna – która nie tyle pełni funkcję dekoracyjną, scalając obraz jak widokówkę z podróży, co być może również ma za zadanie utemperować mętlik, zapanować nad „obłędem”.

          Weszłam do miasta namalowanego przez Artura Przebindowskiego i zobaczyłam w nim człowieka, choć ludzkiej postaci nie dopatrzyłam się na żadnym z płócien. W „Megalopolis” miasta świata oddały cząstkę siebie, aby powstał obraz. „Megalopolis” to obszar komunikatów wyrażanych na wielu płaszczyznach.

          Każdy namalowany dom to osobna ludzka historia. Pomimo pozornej pustki (ciszy, jak gdyby nagle z jakiegoś powodu wszyscy opuścili miasto) być może w każdym domu ktoś żyje. Kiedy spojrzy się na „Megalopolis” od strony – nie opuszczonego miasta – ale miasta od strony mieszkańców, wręcz uszami wyobraźni usłyszeć można miejską muzykę: płacz dziecka, gwizd czajnika, w którym właśnie zagotowała się woda, kłótnię czy lecący w telewizji program. Z każdego domu wydobywa się inny dźwięk. Wówczas z pozoru umarłe, puste miasto staje się bardziej zaludnione niż mogłoby się wydawać. Ludzie są w nich „upakowani”. Oni tam żyją zamknięci w swoich pudełkach, rozgoryczeni, rozczarowani swą egzystencją. Konstrukcja budynków – „puszek mieszkalnych” nasuwa skojarzenia z biednymi dzielnicami, ze slumsami, w których życie toczy się z dnia na dzień: ciasno, duszno, tłoczno. Niektóre budynki to ruiny, bardzo wyraźnie dostrzec można ubytki w murach.

          W takim razie dlaczego na obrazie nie widać ani jednego człowieka? Może ludzie nie żyją tam ze sobą, ale obok siebie. Stłoczeni. Osobno, każdy we własnym pudełku, z własnymi problemami. Nie ma ich w oknach, nie ma na ulicach. Są zajęci sobą. I nie wychodzą poza swój obszar, być może nie chcą, może nie mają innej możliwości, a może po prostu tylko tak potrafią i dobrze im z tym? W końcu każdy potrzebuje mieć odrobinę przestrzeni, prywatności, nawet – a może zwłaszcza – w tak przeludnionym miejscu.

          Artysta poruszając sprawy dotyczące przestrzeni życiowej, stagnacji, codzienności, ograniczeń i pustki, tym samym w zawoalowany sposób przemyca samego siebie. Sztuka między innymi wiąże się z pewnym ekshibicjonizmem. Pejzaż miejski wielokrotnie eksponowany przez Artura Przebindowskiego powoli staje się pretekstem do wyrażenia własnych emocji.

          Oprócz „Megalipolis” na wystawie znalazły się również  „Znaki” – symbole różnych marek, które także łączą się z miejskim życiem oraz obrazy „Obiekty” – podłużne kompozycje miast, wyodrębnionych jednak z przestrzeni nie tyle przez delikatną ramę, ale przez płaszczyznę płasko potraktowanego tła, które wycina obiekt z przestrzeni, nadając mu pewną odrębność. Obiekt nie ginie już w labiryncie wielu mu podobnych, ale wyróżnia się, nabierając cech większego ładu, spokoju i kontroli. Wychodzi do przodu zaznaczając swoją obecność.


© www.artystycznestrony.pl i Barbara Szal-Porczyńska