PRACOWNIA   
ARTYSTYCZNYCH  STRON

Tekst i zdjęcia:  Marek Sobczak  / Opublikowano: 07-11-2013

   

   

Portrety Trumienne 

Cykl moich „Portretów Trumiennych” zacząłem malować w 1993 roku i jest on kontynuowany do dzisiaj. Obrazy z tego cyklu nawiązują w formie do jedynego tak indywidualnego przejawu malarstwa, jakie na przełomie XVII i XVIII wieku powstało na terenach Polski, Litwy, Rusi... Do malarstwa, które nie miało odpowiednika w kulturze zachodniej. „Portrety” powstawały obok „Rosjan” mojego dyplomowego cyklu, nad którym pracowałem na przełomie 1989 i 90 roku w pracowni prof. Jana Świtki na ASP w Poznaniu. W 1994 roku w Muzeum Narodowym wielkie wrażenie wywarł na mnie „Portret trumienny nieznanego szlachcica” z inicjałami S.K.S.P. Powstał wówczas wiersz (tomik „Milczenie Andrzeja Rublowa”, wyd. „Z Bliska”, Gołdap 1999):

PORTRET TRUMIENNY SZLACHCICA S.K.S.P. poł. XVII w.

W jego lasach rosły maszty angielskich statków. Raz do roku
spławiał je Wisłą do Gdańska. Był dobrym gospodarzem
ziemia dawała dobre plony. Był dobrym ojcem.
Był dobrym arystokratą. Wzorem Sarmatów ród
wywodził od rzymskiego czasu.
Inicjały S.K.S.P. – tyle zostało z dobrego życia
plus pamięć farby cienko rozłożonej
na sześciokątnej blasze.
Nie każdy ma szczęście tyle
ocalić z dobrego życia.

Malowanie „Portretów Trumiennych” jest w opozycji do kultury masowej, która wypiera ze świadomości problem śmierci, problemy historyczności, ciągłości, nawiązania ... Jest w opozycji do tego, że kultura masowa najchętniej uczyniłaby nas nieśmiertelnymi, pod warunkiem, że codziennie rano każdy z nas mógłby powtarzać w nieskończoność rytuał mycia zębów pastą „Colgate”... I w tym wypadku, nie chodzi o darowaną nam w cudowny sposób nieśmiertelność, o darowany raj na wyciągnięcie ręki, lecz o prozaicznie wymierne fakty finansowe. Bohater mojego malarstwa nie może opuścić swojego czasu, żyje w tym świecie. Poza tym malowanie portretów trumiennych, w ogóle malowanie na wschód od Odry, w miejscu, gdzie w świadomości kultury zachodniej nie istnieje malarstwo, to wciąż wielkie wyzwanie ...

Zdjęcia z wystaw:
1.  13 Vilnius Painting Triennial „Dialogues”, ŠMC (Centrum Sztuki Współczesnej), Wilno (III – IV 2007)
2.  Marek Sobczak, Portrety Trumienne, Galeria K2, Gołdap (XI – XII 2007)
3.  Marek Sobczak, Malarstwo, Galeria Test, Warszawa (14 VI – 6 VII 2007)
4.  Marek Sobczak, Malarstwo w Tarnowie, Galeria BWA, Tarnów (28 III – IV 2008)
5.  Marek Sobczak, Malarstwo w Nidzicy, Galeria pod Belką, Zamek, Nidzica (11 VII – 30 IX 2008)
6.  Marek Sobczak, 50/50, Galeria SOK, Suwałki (24 V – 15 VIII 2013)

© www.artystycznestrony.pl i Marek Sobczak

Tekst i zdjęcia:  Diana Batruch  / Opublikowano: 06-11-2013

     

       

Moje pejzaże

Maluję to, co mnie otacza. Żyjąc, przebywając w mieście, głównym tematem moich zainteresowań i przemyśleń jest pejzaż miejski. „Koloruję” go tak jak podpowiada mi serce.
Często spaceruję, wypatrując odpowiedniej sytuacji, która zainspiruje mnie do namalowania kolejnego obrazu. Bardzo ważnym aspektem, jest dla mnie światło, które nabiera wręcz symbolicznego znaczenia. Charakterystyczne, okrągłe punkty świetlne lub po prostu koła, pojawiające się w wielu moich obrazach, są chęcią wpisania czy też odnalezienia cząstki boskiej w „szarej” rzeczywistości, która przytłacza mnie na co dzień. Każdy gest, pociągnięcie pędzla, ślad farby wyrażają konkretną intencję.

Walka przyziemności z własnymi wyobrażeniami. Tym jest dla mnie malarstwo.

Proces powstawania obrazu, jest zawiśnięciem gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Balansowaniem na granicy świadomości i podświadomości, które kłócą się ze sobą, mając sprzeczne wizje. Szukają punktu, w którym połączą się w jedną całość, tworząc konkretny obraz.

 

© www.artystycznestrony.pl i Diana Batruch

Tekst i zdjęcia:  Grażyna Tarkowska  / Opublikowano: 18-10-2013

 

Jest taki Głos

Jest taki “Głos”, który z ciszy do mnie woła. Najpierw leciutko, powoli, odczuwam jego obecność i wiem, że to jest moment w którym zaczyna się moja praca.

Na początku nic nie rozumiem. Nie wiem co to będzie (obraz, rysunek, rzeżba …), ani jakie będzie. Mój “Głos” nasila się, róśnie wokół energia, która nakazuje mi zacząć.

I ... dotykam płótna, farb, mogą to być ołówki czy kawałek drewna … dotykam ... jakbym czekała na odpowiedż: “Czy dobrze gram ...?”

Następuje moment przełomowy: zaczynam, szukam ...

Czasem trzeba mi godzin, miesięcy, a nieraz chwila tylko wystarczy, żeby wiedzieć, czuć, że znalazłam PRAWDE !

Ale ta chwila jest zaledwie maleńką cząsteczką enegii prawie niewidocznej, a ja musze ją przenieść w świat widzialny, w świat kolorów, struktur, gestów, w świat często brutalny, który wymaga ogromnego wysiłku, żeby opłacić swoją egzystencję.

Kiedy uda mi się odnaleść i nazwać “Głos” jestem szczęśliwa, a ON przycicha, aż do nastepnego wołania, wołania o pomoc, wołania o miłość, wołania z głębi swojego ISTNIENIA.

© www.artystycznestrony.pl i Grażyna Tarkowska

Tekst: Barbara Szal-Porczyńska  ( w naszej KOLEKCJI )  /  Opublikowano:  12-06-2013

SNY...

…pamiętam nawet te z dzieciństwa. Człowiek przesypia średnio 1/3 życia, a ja chyba 1/3 życia mam dodatkowo. Budzę się rano rozpamiętując kolejny sen, a widok twarzy dawno niewidzianej osoby nadal tkwi w mojej głowie, bo jeszcze przed chwilą, tam po drugiej stronie powiek, z nim rozmawiałam… nic się nie zmienił.

Pomiędzy 2005 a 2010 rokiem napisałam opowiadania, po części będące snami, które sukcesywnie notowałam, a następnie skompletowałam do wybranych dwudziestu i załączyłam do zbioru „Sny nocy ciężkiej”. Całość składa się z dwudziestu tekstów – niekiedy niedorzecznych i alogicznych wydarzeń, jakie mają całkowite prawo bytu we śnie – oraz dopełniających je obrazów, wykonanych techniką olejną na płótnie, a następnie zreprodukowanych i dołączonych do cyklu jako ilustracje. Każdy obraz odpowiada jednemu utworowi i nosi ten sam tytuł. Malarstwo z tego cyklu cechuje utrzymana w zieleniach tonacja barwna jak i wplatane pomiędzy plamy i kształty znaki graficzne – czy to w postaci wypisanych na płótnie fragmentów tekstu czy szkicowych elementów.

Płótna należące do zbioru, od sięgających ponad dwa metry do nie przekraczających pięćdziesięciu centymetrów długości i szerokości, prezentują zarówno malarstwo abstrakcyjne (od licznych kompozycji kolorystycznych, które budują senny nastrój opowiadań), realistycznie potraktowane postaci (portrety i sylwetki), jak i przekształcone formy wydobyte wprost z wyobraźni i treści opowiadań.

Podobnie jak obrazy, każde z opowiadań stanowi odrębną, samoistną i skończoną formę, mającą jednak wspólny pierwiastek: oniryczny klimat oraz zamykający je klamrą tytuł. Widoczna w nim aluzja literacka do „Snu nocy letniej” Wiliama Shakespeare’a jest jak najbardziej celowa, lecz nie odnosi się do samej sztuki, ale raczej do jej natury snu, marzeń i świata próżnej logiki, w którym niezwykłość wydarzeń przewyższa zdroworozsądkowe patrzenie na życie. Bohaterowie komedii, nie mogąc pojąć umysłem tego, co się działo, biorą to za sen, pełen magii i dziwnych zjawisk, natomiast w ilustrowanym przeze mnie zbiorze opowiadań, w miejsce letniej fantazji wnika koszmar ciężkiej nocy, który przeraża i kieruje się własnymi prawami, zaś Puk zostaje zastąpiony Demonem lub Złym Lichem, które tylko czai się w ukryciu, by uaktywnić najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy.  Niedorzeczne czy wręcz abstrakcyjne wydarzenia, niejednokrotnie zahaczające o absurd i irracjonalne zachowania bohaterów, stanowią podłoże i motyw przewodni opowiadań.

Tekst i obraz bytują oddzielnie, dążą jednak do wspólnego celu. Przybliżenia mojego snu, który poprzez wydobycie go z mojej wyobraźni, wskutek niemożności istnienia w całości poza moim umysłem, został podzielony na części. Snu ciężkiego. Snu nocy ciężkiej.

OBOJĘTNOSĆ …

…siedziała mi na ramieniu i cicho szeptała do ucha.

Nie mam w zwyczaju wcześniej przygotowywać szkicu, który później starannie przenoszę na większy format. Dla mnie obraz przed nałożeniem farby jest niewiadomą, jak sen, który dopiero się zjawi. Mam oczywiście w głowie pewien zarys, mniej więcej wiem, co chcę uzyskać, co przedstawić, jednak nigdy nie mam pewności, jaki będzie koniec i czym mnie zaskoczy. Wcześniej obrazy powstawały bardzo szybko, z czasem jednak malowanie wydłużyło się do niezliczonych godzin, tygodni, miesięcy, a i tak widzę w nim niedostatek.

Ogromna pochłaniająca dziura. Pusta przestrzeń. A myśli, jakie zostają w głowie, mają postrzępione kształty, są poszatkowane i nie chronologicznie ułożone. To rzucone fragmenty kiełkujące jeszcze gdzieś tam w umyśle, wypierane i niechciane kawałeczki, to poprzestawiane historyjki, powyrywane z kontekstu obrazy i pojedyncze słowa.

Na jednym z płócien w kłębach prochu dostrzegłam zjawę czarną jak sadza, jej kontury rozmywały się z powietrzem; zbliżała się do mnie coraz bardziej, poczułam jej śmiertelny chłód i dziko błyszczące oczy. Gdy była już wystarczająco blisko, żeby mnie dotknąć, wyciągnęła ku mnie swą cienką ciemno-przejrzystą rękę, niby trujący dym powstały w wyniku spalania czegoś sztucznego i nienaturalnego. Drgnęłam. Ona jednak cofnęła się i zdawało mi się, że się uśmiecha, choć wcale nie miała ust. Zobojętnienie.

Czułam napływające zmęczenie i niemoc, było mi już obojętne, co się stanie, a teraz – teraz zaczynam widzieć. Widzieć wyraźniej – jakby z mgły wynurzam cząstkę siebie, podnoszę delikatnie i prę do przodu, ściskając w dłoni pędzel. Otwieram patrzenie, cała staję się spostrzeganiem - swobodnie skupiona, lekka i czysta.

PORTRET…

 …pomimo że narzucam mu wymiar realistyczny – jawy – czasem jest mocno wystudiowany, a czasem jedynie zarysowany, zatopiony wśród struktur i wszechobecnych liter. Warstwy przenikają się niczym palimpsest, ukrywający to, co było na nim wcześniej.

Połączenie abstrakcyjnych form z realistycznie potraktowanymi motywami niejako odzwierciedla obraz ze snu. Obraz, który zawiera w sobie chaos, rozmach, a jednocześnie pełną kontrolę i wyciszenie. Parafrazując słowa Jorge Luisa Borgesa, chcę otworzyć bramy wyobraźni, a potem użyć pilnika.

Niekiedy obrazy same pojawiają się na płótnie, a ja, poprzez nałożenie farby w odpowiednich miejscach, pomogłam im się ukazać. One tam już są, ukryte w głębi białej przestrzeni. Czekają, aż je dostrzegę. Wyłaniają się. Nagle. Jak sen. Jak słowa, które wcześniej zapisałam. A potem otwieram oczy, kilkakrotnie mrugam, skupiając wzrok na płótnie, które schnie w mojej sypialni…


© www.artystycznestrony.pl i Barbara Szal-Porczyńska

Tekst:  Piotr Naliwajko   ( w naszej KOLEKCJI )   /  Opublikowano:  10-06-2013

     

     

Fot. Anna Wietecha

Moja pracownia

             Pracownia mieści się na strychu MDK Batory, przy głównej ulicy tej dzielnicy Chorzowa. Ma 115 metrów i prócz sześciu zwykłych ma również sześć okien połaciowych, "gwarantujących" duuuuuuuużo bardzo zmiennego światła, czyli znajduje się na antypodach wyobrażeń o malarskiej pracowni z pięknie rozproszonym północnym światłem. Jeśli nie pada, wszystkie okna są stale otwarte, można więc odnieść wrażenie, że do atelier wdziera się ulica. Latem bywa piekielny skwar, ale Michał Anioł też nie miał lekko, a we Włoszech upały trwają dłużej. Maluję codziennie od rana do wieczora, a kiedy dzień jest krótki światło dzienne zastępują mi umiejscowione pod oknami lampy o miękkim, zbliżonym temperaturą do dziennego świetle.

            Do pracowni przychodzi wiele osób, głównie po to żeby pozować, co wygląda mniej więcej jak na załączonych fotografiach, stanowiących część dokumentacji malowanego w latach 2009-2010, kiedy byłem grubszy, cyklu " Abraham i Izaak w drodze. Wariacje eugeniczne na dwie zielenie i czerwień angielską" , do którego inspirację stanowiła przeczytana przeze mnie w latach siedemdziesiątych książka Sørena Kierkegaarda " Bojaźń i drżenie". Niektórzy z moich modeli pozują mi już od 30 lat. Patrząc na moje obrazy można zobaczyć jak dojrzewają.

            W pracowni jest mnóstwo rozmaitych rekwizytów. Ok. 20 mandolin, złoty saksofon tenorowy, trąbka, kilka gitar, skrzypce, kilka zwierzęcych czaszek, pół metra kostki brukowej i trochę innych kamieni, trzy suknie ślubne i szabla, która służy do zamykania i otwierania okien w dachu. Rekwizyty wykorzystuję, podobnie jak modeli, w trakcie wykonywania moich obrazów, a w każdą środę i czwartek od dwudziestu dziewięciu lat, między 16:00 a 20:00, służą przychodzącym do atelier dzieciom, młodzieży i dorosłym, którzy uczą się rysować, malować i rozumieć sztukę. Niektórzy uczestniczą w prowadzonych przeze mnie zajęciach nieprzerwanie od 1984 roku.
            Największe utrapienie stanowi przygotowywanie wystaw, bo niezależnie od tego czy obrazy mają dotrzeć do Nowego Jorku, Los Angeles, Częstochowy czy Płocka muszę je najpierw znieść z trzeciego piętra tego zabytkowego budynku, którego etaże są niebagatelnej wysokości, schodząc i wchodząc nierzadko kilkadziesiąt razy i taszcząc moje w większości ponad dwumetrowe obrazy osobiście, ale jak już wspomniałem Michał Anioł...etc. Największe, których blejtramów nie muszę demontować do znoszenia, co jest limitowane wielkością klatki schodowej i zostało przeze mnie wcześniej skrupulatnie wyliczone, można by rzec na milimetry, mają wymiary 278x218cm. Większe obrazy transportowane są zwinięte w rulony jak dywany.

             Bardzo lubię moją pracownię, bo jest piękna i jak mi się zdaje, ludzie, którzy do niej przychodzą również tak sądzą.


© www.artystycznestrony.pl i Piotr Naliwajko